Mały traktacik o grzeczności

GRZECZNOŚĆ NIE JEST NAUKĄ ŁATWĄ ANI MAŁĄ  Ten cytat z narodowej epopei niekoniecznie będzie lubiany. Mimo, iż epopeja jest „narodowa”, to zdanie powyższe wygłosił „Sędzia”, przedstawiciel kasty, która „winna odejść, bo jest winna”. Jako, że jednak epopeja narodowa jest moją epopeją, zaś do większości sędziów mam pewien szacunek, czynię z tego zdania tytuł i motto niniejszego tekstu.

Żegluję już kilkadziesiąt lat. Najczęściej bywałem w portach polskich i  północnoeuropejskich, głównie bałtyckich, choć zdarzały się i inne rejony świata. W tym roku wyjątkowo dużo czasu spędziłem w polskich portach; poza Gdańskiem i portami na wschód od Gdańska, byłem we wszystkich portach i przystaniach morskich i zalewowych, w większości wielokrotnie, łącznie około 90 dni postojowych. Podobnie w roku ubiegłym. Czytam też relacje żeglarzy, także te opatrzone w Internecie smutnym hasztagiem[i] #stopwiesniactwuwmarinach. Słowo „wieśniactwo” jest może nie całkiem poprawne politycznie, lecz hasztag już się przyjął.

Wniosek: NIE JEST DOBRZE. Można to, upraszczając, sformułować tak: panuje wszechobecne chamstwo, a w najlepszym razie nieznajomość podstawowych zasad zachowania się. Co z tego, że większość żeglarzy zachowuje się należycie…

Można na ten temat wygłaszać różne teorie. Jedna z nich głosi, że każda masowość rodzi obniżenie jakości, a wszak żeglarzy jest teraz pewnie ze sto razy więcej, niż w „moich czasach”. Inna z  kolei, iż proces schamienia dotyczy wszelkich dziedzin życia codziennego, od pubu piwnego, poprzez ruch uliczny, szkoły, sklepy po operę, teatr i uniwersytety. Są socjologowie, którzy twierdzą, że w ostatnich latach przysłowiowy „cham” jest wprost promowany przez tych, co chcą w ten sposób utrzymać władzę.

Na pewno młodzi ludzie nie wynoszą z domu ani ze szkoły podstawowych zasad zachowania się. Pewnie coś w tym jest: świat się zmienia, a więc zmieniają się też standardy i wymagania. Normalne i zwyczajne stają się zachowania, kiedyś niedopuszczalne. Może się to komuś podobać lub nie, jest po prostu faktem.

Czego człowiek z domu nie wyniósł, to powinien nabyć potem, w szkole i otoczeniu, przygotowując się do różnych ról życiowych. W przypadku żeglarstwa, przez lata próbowano robić to poprzez umieszczenie w programie szkolenia i egzaminów „na patent” przedmiotu „etykieta jachtowa”. Zakres bardziej dotyczył specyficznych wymagań związanych z tradycją morską i żeglarską, oraz wojennomorską, tak jak je widzieli „ojcowie założyciele” żeglarstwa polskiego. Przedmiot ten był stopniowo coraz mniej ważny na tle pozostałych, coraz bardziej marginalizowany, aż w końcu znikły obowiązkowe szkolenia przed egzaminem „na patent”, a potem i przedmiot zniknął z wymagań egzaminacyjnych.

Nie potępiam tego faktu, opisuję tylko. Uważam niezmiennie, że wymagania egzaminacyjne, jeśli już musimy mieć obowiązkowe patenty państwowe, powinny obejmować wyłącznie sprawy niezbędne dla bezpieczeństwa. To dla większości jest lub zaczyna być oczywiste.

Dużo mniej oczywista jest natomiast inna prawda: świadomy żeglarz powinien doskonalić swe umiejętności i poszerzać wiedzę samodzielnie, korzystając z dostępnych publikacji oraz ewentualnie wykładów i szkoleń organizowanych w wielu miejscach Polski. Czy w nich powinna znaleźć się „etykieta”? Może tak… ale niekoniecznie. Teoretycznie każdy żeglarz powinien cechować się pewnym minimum kultury osobistej. To teoria, lecz że tak nie jest, wiemy wszyscy. Pewna część żeglarzy ma jednak dobrą wolę i do nich adresuję poniższy mały traktacik o grzeczności, tak jak ją subiektywnie widzę. Do nich też apeluję, by próbowali choć w części to upowszechniać. No i, aby umieli się zdobyć na interwencję, gdy ktoś zachowuje się w sposób uciążliwy dla innych.

Zasady zachowania sie wśród własnej załogi są dokładnie takie same, jak zawsze i wszędzie wśród ludzi, szczególnie wśród ludzi zgromadzonych na małej przestrzeni. Z racji ciasnoty i czasem dość trudnych warunków należy wykazywać się większą troską o to, by nie być uciążliwym dla otoczenia. Pomijam tu tradycyjne i minione obyczaje dotyczące „hierarchii”, gdzie kapitan był „pierwszym po Bogu” i uzurpował sobie prawo do specjalnego traktowania. To może być dobre ewentualnie na żaglowcu szkolnym, choć i w tym przypadku byłbym przeciwny, na pewno nie na małym jachcie.

A więc przebywając, czasem wiele dni z rzędu, na zatłoczonej i bardzo ograniczonej przestrzeni zadbajmy, by inni czuli się z nami, tak, jak my chcemy czuć się z nimi. To kwestie elementarne: zachowanie higieny osobistej, w miarę schludnego wyglądu i odzienia, utrzymywanie porządku w otoczeniu, zarówno we własnych rzeczach, jak wyposażeniu jachtu, sprzątanie.

Pozwólmy innym wypoczywać. Przede wszystkim dotyczy to hałasowania. Głośne rozmowy, śpiewy, muzyka… a przecież ktoś może potrzebować wyspać się po wachcie albo, co ważniejsze, przed kolejną wachtą. Także w biały dzień! Takim drobnym, a jak ważnym szczegółem są nocne zmiany wachty. Najpierw schodząca wachta wpada do wnętrza i ryczy WSTAWAAAĆ! Potem wachta wychodząca zapala światła i zaczyna szukać ubrań. A przecież można obudzić każdego z osobna bez wrzasków. Można przygotować odzież przed pójście spać, tak by móc ubrać się niemal po omacku, sprawnie i cicho.

Tu pojawia się kwestia budzenia podwachty. Czasem jest to konieczne. Lecz tylko czasem. Naprawdę da się większość operacji z żaglami wykonywać przy zmianie wachty, gdy na pokładzie jest podwójna ilość ludzi, odbierając im po 15 minut snu, a nie np. wyrywając w trakcie wypoczynku półtorej godziny.

Elementarne? Tak. Ale niestety nie w świadomości i praktyce wszystkich.

Dalej zajmę się tym, co dzieje się na styku z innymi, szczególnie w portach.

Jacht w morzu i jacht w porcie podlega oglądowi innych i, siłą faktu, ocenie. Inaczej jest traktowana załoga zachowująca się „należycie”, inaczej zbiorowisko oberwańców. Inaczej jacht sklarowany, inaczej pływający bałagan. Inaczej ktoś przestrzegający pewnych wspólnych obyczajów, niż ktoś ich nie przestrzegający. Poniżej napisze o tych zwyczajach i zasadach, które w większości nie są spisane nigdzie, choć część z nich pochodzi w prostej linii od tradycji i ceremoniałów z flot wojennych.

Z tych ostatnich pochodzą „zasady” dotyczące bander i flag.

Po pierwsze, podnosimy BANDERĘ, a nie flagę narodową (tę tylko na śródlądziu), ani jakieś niewiadomoco. Po drugie, podnosimy ją we właściwym miejscu, a więc NIE np. przyplątaną do aftersztagu. Właściwym miejscem jest flagsztok na rufie. Wyjątkiem jest kecz i jol, na których idąc na żaglach (ale nie na silniku) banderę nosimy na topie bezanmasztu, lub przy gaflowym bezanie pod pikiem gafla.

Zjawisko we mgle

Banderę obowiązkowo nosimy na obcych wodach terytorialnych, tak naprawdę nosimy ją cały czas. Poza żaglowcami zanikł już w Polsce zwyczaj opuszczania w portach bandery pomiędzy zachodem słońca, a ósmą rano. Obyczaj ten natomiast często praktykują żeglarze niemieccy, nawet na małych jachtach. Podobnie zanikł zwyczaj salutowania okrętów wojennych, czy też pomnika na Westerplatte. To ostatnie robię zawsze sam z siebie; uwaga: na małym jachcie wyjmując cały flagsztok i opuszczając go do poziomu. Załoga przy tym zachowuje ciszę i jest zwrócona twarzami do obiektu salutowanego. Oczywiście żadnego wstawania, a tym bardziej ustawiania szeregu. To wskazane tylko na żaglowcach.

Prawy saling jest „kurtuazyjny” – służy więc do grzecznościowego podnoszenia banderek, czyli flag narodowych krajów, które odwiedzamy. Uwaga na prawidłowe podnoszenie: pomieszanie góry z dołem albo noszenie banderki nie tego kraju, co należy, skończy się z pewnością cierpkim zwróceniem uwagi. Mile widziane jest podnoszenie banderek lokalnych:, np. bornholmskiej, alandzkiej zamiast państwowych.

Na TEQUILI pływającej ciągle jeszcze pod szwedzką banderą, polska flaga narodowa powiewa pod prawym salingiem. A co w sytuacji, gdy jacht trafia do Danii, Niemiec, Szwecji? Polska flaga wędruje pod lewy saling, ponad unijną i wszystkimi proporczykami.

Moje salingi

Prawy saling miewa jeszcze dwa zastosowania: Pierwsze, to już zarzucony zwyczaj podnoszenia flagi „P” z MKS, zwanej „Błękitnym Piotrusiem”, co zapowiadało wyjście w morze w ciągu 24 godzin. Takie wezwanie załogi na pokład w epoce przedtelefonicznej. Drugie, to podnoszenie pod nim, na powrót do portu macierzystego, banderek odwiedzonych krajów, w kolejności ich wizytowania.

Są jeszcze tzw. „szpanflagi” – zwyczaj zapożyczony z krajów zachodnich, podnosi się je najczęściej wzdłuż sztagu, czasem want, zasadniczo tylko na postoju. Zanikł praktycznie zwyczaj stawiania gali banderowej, w tym flag kodowych od dziobu do rufy poprzez topy masztów. Czemu? Po pierwsze nie mamy armat, czyli flag.

Ważna sprawa to odbijacze. Służą one nie tylko, by chronić nasze burty, także po to by chronić innych! Dlatego powinny być przygotowane wystarczająco wcześnie, ZANIM gdzieś dobijamy. Nie powinny jednak wisieć za burtą w morzu, to uważane jest za nieeleganckie, jak chodzenie z odpiętym guzikiem na brzuchu. A więc odbijacze, w dostatecznej ilości leżą przywiązane na pokładzie i wyrzucamy je na zewnątrz rozpoczynając manewry. Prawidłowe usytuowanie i praca odbijaczami są oczywiście szczególnie potrzebne kiedy jesteśmy zmuszeni do kontaktu z cudzym jachtem. Stając do czyjejś burty, po zacumowaniu dodajemy odbijaczy tak, by raczej zaistniał ich nadmiar. I tu zwyczaj: w większości portów zachodnich, jacht stojący longside wykłada na zewnętrzną burtę odbijacze. Oznacza to zaproszenie dla kolejnych, by stanęli do nas. Sam mam zwyczaj „oznakowywać” własną zewnętrzną burtę. Taka drobna uprzejmość, w zatłoczonych portach czasem bardzo ważna.

Oczywiście należy starać się stawać do jachtu większego, a nie dużo lżejszego od naszego. Przede wszystkim jednak, mimo owego zaproszenia powinno się zapytać, czy możemy tak stanąć. Uzyskamy wtedy pomoc w przyjęciu cum, a poza tym zazwyczaj następuje uzgodnienie, o której godzinie rano każdy zamierza wychodzić. Trzeba się wtedy dostosować do wymagań „gospodarza”.

Stoimy obok sąsiada. Trzeba zadbać, by nie być uciążliwym gościem. A więc cisza, nie zakłócamy spokoju. Przez pokład sąsiada chodzimy jak najmniej, delikatnie, nie tupiąc, przez pokład na dziobie, by nie naruszać intymności wnętrza, chyba, że zostanie nam wskazana inna droga. Wypada zdejmować buty, czego nie lubię czynić, ale w tym wypadku jest to konieczność. Tak zresztą robimy zawsze wchodząc na cudzy jacht.

Tłok, a wszystkim stoi się bezpiecznie

Halas jest przywarą polskich żeglarzy (choć innym się też przydarza). Jedna sprawa, to są krzyki, głośne rozmowy, muzyka – to łatwe oczywistości. Piękne zbiorowe wykonanie szant, w niezbyt późnej porze może wzbudzić entuzjazm otoczenia. Na ogół jednak śpiewać nie umiemy i śpiewy stają się „śpiewami”, a już po odrobinie alkoholu i nocą, są po prostu nie do zniesienia.

Zwróćcie też uwagę na „komendy”. Komiczna jest dwunastometrowa „Delphia” z pięcioma osobami na pokładzie, gdzie podczas manewrów pada kilkadziesiąt gromko wykrzyczanych komend i dziarskich odpowiedzi, a na koniec: „Desant na keję!!!”- „Jeeest, desant na keję!” … „Desant hamuj do (…) nędzy!!!” I BUM. Jeśli to odbywa się nad ranem, to przestaje być tylko komiczne. Zaś, jeśli w porcie duńskim albo szwedzkim, to kompromituje nie tylko manewrującą załogę. A przecież to wszystko można załatwić kilkoma wypowiedzianymi półgłosem słowami wspomaganymi gestami.

Specjalnym rodzajem hałasu jest stukanie fałów. Jeśli dzieje się to podczas, gdy jesteśmy na jachcie, to zapewne własne nerwy w końcu nas zmuszą do odciągnięcia ich od masztu. Pamiętajmy jednak, by uczynić to także, jeśli zamieramy opuścić jacht na dłużej.

No cóż, zbliżamy się do końca tej wyliczanki. Zwróćmy uwagę jeszcze na jedno: KAŻDY spotkany na kei, w łazience, czy sąsiednim jachcie, powie nam Dzień dobry. I to powie z uśmiechem. Brzmi to różnie, w różnych krajach i porach dnia. Można szybko poznać te słowa i ich używać, można odpowiadać po polsku (A co, Polacy nie gęsi…!), ja praktykuję najczęściej proste Hey, czy też Ahoy, oczywiście z szerokim uśmiechem.

Nazbierało się tego trochę, mimo, że i tak pewnie conieco opuściłem.. Może trudne do zapamiętania, a jeszcze trudniejsze do przestrzegania. Sam zresztą mogę uderzyć się w piersi – nie zawsze ja i moje załogi zachowujemy się do końca tak, jak to postuluję.

Na koniec więc rada: JEŚLI NIE WIESZ JAK SIĘ ZACHOWAĆ, ZACHOWUJ SIĘ PRZYZWOICIE.

Post scriptum: Zwrócono mi uwagę, że powinienem napisać o konieczności bycia pomocnym dla innych. Fakt, pominąłem. Przecież to oczywiste: ludzie morza sobie pomagają. Potem jednak uświadomiłem sobie, że zwykła, codzienna kultura też powinna być oczywistością. A więc pamiętajmy, by być czujni, czy komuś nie trzeba zaoferować jakiejś pomocy, wparcia. Nie zapominajmy serdecznie podziękować za pomoc otrzymaną.

No i jeszcze: jeśli wyrządzimy komuś niechcący szkodę, zadbajmy, by przeprosić, podać numer swojej polisy OC ale i rzetelnie natychmiast wszystko udokumentować!

 

[i] Hasztag – (z an. hashtag)słowo lub wyrażenie poprzedzone symbolem # (ang. hash), bez użycia spacji, będące formą znacznika (ang. tag). Krótkie wiadomości na mikroblogach i serwisach społecznościowych takich jak Facebook, Twitter, Instagram, czy Wykop.pl mogą być oznaczone przez dodanie kratki przed ważnymi słowami (bez spacji) albo wystąpić w zdaniu (np. „Nowy artysta ogłoszony na #SXSW 2012 Music Festival!”). Hasztagi umożliwiają grupowanie wiadomości, ponieważ można wyszukać komunikaty, w których zawarto dany hasztag. Wyszukiwanie obejmuje tylko jeden serwis internetowy, dlatego hasztag nie może być powiązany z wiadomościami z innego serwisu. (Wikipedia).