Odcinek 6

Grupa Anglików leżała niemal bez ruchu wśród zarośli. Czerwcowe słońce, które wspięło się już niemal do zenitu bezchmurnego nieba, paliło coraz mocniej. Karłowate drzewka nie były w stanie dostarczyć im dość cienia, a wątła bryza nie dawała ochłody. Do tego komary! Bliskość leniwie płynącej rzeki, wilgoć i ciepło sprzyjało ich mnożeniu i Hornblower zastanawiał się, czym one się żywią nie mając do dyspozycji piętnastu krwistych marynarzy.

Poza ich natrętnym brzęczeniem cisza była idealna. Ucichł nawet krzyk mew, Hornblower odruchowo spojrzał w niebo – o! Zaczęły się na nim pojawiać zawiązki pierwszych popołudniowych kumulusów. Może choć chwili cienia im dostarczą…

Minęło południe, na polecenie Montgomery’ego marynarze wyciągnęli z tobołków suchary i bukłaki z wodą. Porucznik zaproponował poczęstunek komodorowi. Hornblower powstrzymał go gestem dłoni: nie czuł potrzeby jedzenia. Chwilę potem Montgomery wysłał na wartę dwóch nowych marynarzy, na miejsce Harrisa i Jenkinsa. Zamieszanie z tym związane zajęło na moment uwagę Hornblowera, lecz wkrótce znów wrócił do swoich, nie nazbyt optymistycznych myśli.

Kto mógł jechać tą kolasą, którą widzieli? Cesarz? Nieprawdopodobne. Przeprawianie jej przez Wisłę, podróż o tak wczesnej porze, nie: to absurd. Bonio przybędzie i będzie wracał rzeką. Z pewnością. A jeśli tak, to musi to nastąpić niemal zaraz.

– Panie Montgomery! – zawołał ściszonym głosem.

– Tak sir? – porucznik uniósł się lekko, z trudem pohamowując odruch, by stanąć na baczność.

– Podejdzie pan do tego marynarza na oku nad rzeką…

– Davies, sir.

– … do Daviesa. Bonio będzie wkrótce przepływał. Chcę wiedzieć natychmiast, gdy to się stanie. I proszę obejrzeć, kto z nim płynie i ilu ludzi.

– Aye, aye, sir – Montgomery narzucił opończę kryjącą oficerski mundur i pochylony pobiegł w stronę posterunku nad rzeką.

Hornblower znów wrócił do swoich ponurych myśli. Dookoła było słychać brzęczenie komarów i sporadyczne klaśnięcia zabijających je marynarzy – morze, eskadra, wojna – wszystko to wydawało się absolutnie nierealistyczne i odległe. A przecież jeszcze zanim słońce zajdzie będzie próbował zrobić coś niewyobrażalnego, coś, co może wpłynąć na losy milionów jego rodaków i mieszkańców kontynentu. Może też zginąć ze wszystkimi swoimi ludźmi albo znaleźć się w rękach siepaczy tyrana, rękach z których tak niedawno cudownym zrządzeniem losu udało mu się, wraz z Bushem i Brownem, wyrwać. Mariė… nie, nie czas teraz na romantyczne wspominki. Jest żonaty z cudowną kobietą, jest komodorem eskadry Jego Królewskiej Mości, ma zadanie do wykonania, i – na Boga – wykona je najlepiej, jak potrafi.

Niepostrzeżenie Hornblower zapadł w drzemkę. Ocknął się w chwili, gdy z krzaków wyłonił się zdyszany i zlany potem Montgomery.

– Sir, chyba przepłynął właśnie.

– Niech pan mówi Montgomery. Wszystko po kolei.

– Były dwie łodzie, po dziesięć wioseł. Trzymają się blisko siebie. W obu ludzie w mundurach. Część na pewno oficerowie. Po mniej, niż dziesięciu w każdej łodzi. Na jednej taki daszek, nie tent, tylko jak baldachim. Płynęła z tyłu. Tam mógł być Bonio.

– Czyli na obu łodziach ze czterdziestu żabojadów razem. Dobrze Montgomery. Co z tym Brownem i galarem?

– Za pozwoleniem sir. Widziałem od strony tego Polskiego Haka jakąś taką barkę z długimi wiosłami. Może to Brown.

– Najpewniej. W takim razie sprawdźcie od strony drogi, czy tam spokojnie i ściągnijcie do nas tego z oka.

Kilka minut potem niemal równocześnie pojawili się Anton Bronk na ścieżce od rzeki i marynarz wachtujący po stronie drogi.

Monsieur, galar jest tam skąd odpływaliśmy nocą, pilnują go pańscy ludzie. Jeśli pan pozwoli, to udam się teraz do Twierdzy, cesarz już tam jest, będę pilnować, kiedy ruszy z powrotem. Są dwie łodzie, monsieur.

– Jesteście pewni człowieku?! – ostro zapytał Hornblower.

Oui monsieur.

– A kareta i żołnierze, co pojechali rano do Twierdzy?

– Ach monsieur, to córka jakiegoś medyka wojskowego… Haffner, czy jakoś tak…. ona jest… no jest… la maîtresse generała Rappa. Ona ma cottage na lato we wsi Bąsôk i na pewno przyjechała do Twierdzy, żeby zobaczyć cesarza. No i samego generała, bo w rezydencji mieszka jego żona. Te Francuzy to tacy inni ludzie.

– Dobrze, mniejsza z nimi zatem.- uciął krótko Hornblower – Widziałeś Napoleona?

– Samego nie ale przy Pòlsczim Hôku wyprzedziły nas dwie łodzie, jedna z takim daszkiem. Używa jej gubernator Rapp. Na gwës to był on z gubernatorem.

– Czekamy więc na wiadomość od ciebie z Twierdzy, będziemy na galarze.

Bronk, zniknął w zaroślach, a Anglicy gęsiego ruszyli wąską ścieżką do miejsca postoju galara. Okazał się on niemal prostopadłościenną płaską krypą, na środku której sklecono dwa prymitywne szałasy zdolne pomieścić po kilku stłoczonych ludzi. Wzdłuż burt leżały wiosła o długich piórach.

Montgomery kazał ludziom rozlokować się na galarze, tak, aby byli niewidoczni od strony wody i by mogli skorzystać ze skromnego cienia, jaki dawały szałasy. Marynarze, którzy przyprowadzili galar wydobyli z szałasu skrzynkę wędzonych śledzi i kilka bukłaków z wodą.

Hornblower, który przełknął naprędce kawałek ryby, wyszedł na ląd wraz z Brownem.

– Widziałeś Bonia? – zapytał idąc z wolna nadbrzeżną ścieżką.

Okazało się, że Brown mógł powiedzieć nie więcej, niż wcześniej Montgomery i Bronk. W pobliżu ujścia Motławy do Wisły wyprzedziły ich dwie dziesięciowiosłowe łodzie wypełnione mundurowymi, w większości oficerami. Ktoś ważny był na jednej z łodzi, tej przykrytej częściowo tentem. Czy to był Napoleon, tego Brown nie był w stanie potwierdzić.

To dawało nadzieję sukcesu, atakując przez zaskoczenie tą jedną łódź, mieli szansę dopaść Napoleona, zanim druga udzieli jej pomocy. Warunkiem było pełne zaskoczenie i szybkość działania. Jeśli mieli przeżyć, to trzeba było następnie pokonać także załogę drugiej łodzi, a potem wylądować, przebiec przez półwysep i liczyć na to, że łodzie z okrętów będą czekać w pobliżu plaży.

Tak wiele jednak mogło pójść źle. Każdy drobiazg oznaczał fiasko, a zapewne i śmierć Hornblowera i jego ludzi. W jego, Hornblowera, przypadku, będzie to śmierć przez powieszenie, na mocy „wyroku”, który został wydany przez tyrana po jego błyskotliwej akcji u wybrzeży hiszpańskich i straceńczej walce z czterema francuskimi liniowcami zakończonej zdobyciem „Sutherlanda” i jego niewolą. A kiedy wyjdzie na jaw, że próbował dokonać zamachu na koronowanego władcę i to zanim jeszcze zaczęła się spodziewana wojna na wschodzie, będzie okryty niesławą. Z niezrozumiałych względów uważano zabójstwo władcy za niedopuszczalne, nawet jeśli był on ogarnięty rządzą władzy nad światem za wszelką cenę i nawet, jeśli mogło ono uchronić od śmierci i nieszczęścia tysiące i niewinnych ludzi. Obronić go mógł tylko sukces, powodzenie akcji, być może zapobieżenie nowej wojnie, rozpad imperium stworzonego przez Napoleona.

Hornblower z trudem wrócił do rzeczywistości. Brown czekał obok i jakby odgadł myśli swojego dowódcy, dodał:

– Sir, oni w tych łodziach nie wyglądali na porządnie uzbrojonych i gotowych do walki. Jeśli zdążymy dopaść Bonia zanim druga łódź mu pomoże, to możemy go mieć. I nawet zdążyć na okręty…

– Tak, Brown, – przerwał mu Hornblower – jak było w Gdańsku? Nie wzbudziliście podejrzeń?

– Panie komandorze, tam moglibyśmy chodzić po ulicach i rozmawiać po angielsku i nikt by się nie zdziwił. Mówią wszystkimi językami! Co to za port! Chyba tak wielki jak Londyn… no trochę mniejszy. Jakie domy, wieże, kościoły, magazyny! Popłynęliśmy z tymi rybakami na takie długie nabrzeże nad rzeką, oni dostali zapłatę i zaraz odpłynęli, a myśmy poszli tym nabrzeżem do mostu. Po drodze były bramy i komory celne i statki handlowe. Nie takie duże, jak u nas ale oni wożą tylko po Bałtyku. Wozili też do nas ale teraz przez wojnę nie mogą. Nie lubią Żabojadów. Poszliśmy na wyspę, gdzie rozładowują się galary. Bronk wybrał jednego i kupił. Mówił, że jesteśmy z jakiejś wsi… Brzézno, czy Brosen… gadał raz tak, raz inaczej.. i że potrzebujemy drewna na opał, bo Prusacy zabronili brać z lasu.

– Dobrze Brown, wracajmy do ludzi – rzekł Hornblower i ruszył ścieżką z powrotem. – Jeśli tyko Anton Bronk się spisze, przed nami nas już niedługie oczekiwanie.

c.d.n.

SKOCZ DO WSTĘPU