TEQUILA 2020 – dni 97 do 100

2020-09-04 piątek do 2020-09-07 poniedziałek

Kilka dni wcześniej, sam dla siebie niespodziewanie, zgłosiłem udział TEQUILI w “Baltic Sail” w Gdańsku. To odbywający się od lat zlot jachtów i mniejszych żaglowców. W tej drugiej grupie zabrakło żaglowców obcych bander, poza jednym: łotewską “Lipavą”. Powód oczywisty: niepewność wywołana pandemią. Bardziej dziwi nieobecność “Zawiszy Czarnego”, “Pogorii” i “Iskry II” – wszystkie trzy były w tym czasie w Gdyni. Zlot jest przedsięwzięciem porozumienia wielu portów bałtyckich, o szczegółach można łatwo dowiedzieć się z Internetu.

Stanęliśmy znów w Przystani Cesarskiej, mimo iż na Motławie postój był bezpłatny. Po zarejestrowaniu się na zlocie trafiliśmy do głównego namiotu, gdzie odbywał się Festiwal “Szanty Pod Żurawiem”. Tu wielkie rozczarowanie: w moich oczach, a raczej uszach, interpretacje piosenek Jerzego Porębskiego w koncercie  mu poświęconym były po prostu kiepskie. Nazwisko wykonawcy pominę.

Uczestniczyliśmy w uroczystości wręczenia Asi Pajkowskiej Topora Chwały Mórz. Oto “ta siekierka”:

 

Resztę piątku i cała sobotę wypełniły nie kończące się spotkania towarzyskie. Członkowie Bractwa Wybrzeża i kapitanowie większych jachtów nie mogli się uchylać od oficjalnych spotkań oraz wożenia turystów na redę i z powrotem. Niepozorna TEQUILA  dała nam szansę na wyłącznie przyjemności. Spotkania starych przyjaciół, poznawanie nowych, opowieści…. z jachtu na jacht, z tawerny do tawerny. 

W sobotę “Lipava” zaprezentowała regularną wojnę polsko-łotewską, pokaż rzeczywiście imponujący.

 

Chwilę wcześniej popis precyzyjnego manewrowania dał “Kapitan Borchardt”:

 

Niedziela to parada. Sprawnie i sympatycznie prowadzona przez NAJWIĘKSZEGO KAPITANA W POLSCE, który umiał opanować chaos wprowadzany przez nieprzytomnych uczestników, niezdolnych zapamiętać w której z sześciu grup płyną, ani nawet nazwy jachtu ich bezpośrednio poprzedzającego. Do tego doszli spóźnialscy, nie wpisani na listę, których Maciej cierpliwie lokował w kolejnych grupach.

Po minięciu mola w Brzeźnie zgłosiliśmy na VHF wyjście z szyku w lewo i odejście do Gdyni. Zawdzięczacie temu poniższa galerię. Trochę więcej (także filmiki) jest na Facebookowym profilu Armator-i-Skipper.

Po paradzie poszliśmy do Gdyni, znów do Yacht Park Marina. Tu zastał TEQUILĘ setny dzień rejsu, pożegnaliśmy się z Jacentym. We wtorek przyjedzie Grzegorz i to już będzie ostatni odcinek rejsu.

 

 

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

TEQUILA 2020 – dni 93 do 96

2020-09-31 poniedziałek do 2020-09-03 czwartek

Te dni minęły znów leniwie, zdążyliśmy jednak, mimo, iż “pośpiechem się brzydząc”, odwiedzić dwie mariny, w których nigdy nie byliśmy.

Pierwsza była Przystań Cesarska w Gdańsku. Opisał ją w SSI Jerzy Kuliński. Miejsce jest niesamowite. Teren postoczniowy, mocno naruszone zębem czasu hale, resztki pochylni, wertepy. Obok rosną budynki Młodego Miasta, stoi wspaniałe Europejskie Centrum Solidarności, dalej historyczne miejsca protestów robotniczych z lat 1970, 1980, 1988, które symbolizują Sala BHP ale przede wszystkim Pomnik Poległych Stoczniowców. W drugą stronę Muzeum II Wojny Światowej i wejście na Brabank – rosnące jak grzyby po deszczu apartamentowce nad Motławą, a dalej Stare Miasto (nie mieszać z Głównym Miastem). Sama Przystań Cesarska jest miejscem po prostu sympatycznym. Dobrze osłonięty, komfortowy postój, niezbędne usługi (prąd, woda, łazienki), spokój i względna cisza, ale nade wszystko zespół bosmanów kierowany przez Marcina PIerzchlewicza. Uczynni, sympatyczni, życzliwi dla swoich gości. Uwagę zwraca nietypowy system naliczania opłat: od długości i szerokości jachtu zarazem! Za to wszelkie usługi są zawarte w cenie. Właściciele przystani mają plany rozwojowe, w tym roku sparaliżowała je pandemia ale możemy sią spodziewać zarówno powiększenia liczby miejsc postojowych, jak poprawy standardu. Namawiam każdego.

 

Kolejne nowe dla mnie miejsce to Yacht Park Marina w Gdyni. Planik opublikował Don Jorge tutaj. Opisu spodziewajcie się w nowym wydaniu “ZATOKI GDAŃSKIEJ” Jerzego Kulińskiego, nad którym pracuję. (Oczywiście Cesarska też się tam znajdzie!).

Marina znajduje się w miejscu, gdzie dawniej stacjonowały dziesiątki “żółtków”, drewnianych bałtyckich kuterków, należących głownie do przedsiębiorstwa “Arka”. Dziś w tym miejscu stoi podwójny wieżowiec, a obok  na terenie zajmowanym kiedyś przez “Dalmor” powstaje szereg efektownych apartamentowców. W 2019 roku ruszyła tu marina, obliczona głównie na rezydentów.

Z odległości marina wydaje się mało przytulna.

To wrażenie znika jednak natychmiast. Wywołując “Yacht Park Marina” na kanale 12 VHF (nie kapitanat i nie Marina Gdynia) uzyskujemy informację o miejscu, które możemy zająć. Postój jest bardzo wygodny i bezpieczny. Zakłócają go tylko hałasy z miasta, niestety rzecz jak się wydaje w dzisiejszej Polsce nie do opanowania. Wnosząc, sporą ale nie przesadnie wysoką opłatę, uzyskujemy kod przysyłany SMS-em, otwierający bramki na pomosty, drzwi do łazienek, uruchamiający gniazda elektryczne na pomostach i prysznice. Bosmani są życzliwi i skuteczni i “Yacht Park Marina” stała się miejscem, które będę odwiedzał.

Kolejnym etapem ma być udział w Baltic Sail w Gdańsku. Będzie to końcowy akord wspólnego pływania w tym roku.

 

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

TEQUILA 2020 – dni 85 do 92

2020-08-24 poniedziałek do 2020-08-30 niedziela

Poniedziałkowy poranek to wymiana załogantów. Adam z Agnieszką zabierają Mariolę autem do Gdyni, chwilę potem przyjeżdża pociągiem Jacek, zwany Jacentym. Szybko uzgadniamy, że nie chce nam się nigdzie płynąć, robimy sobie dzień senno-gastronomiczny. Debatujemy nad dalszą trasą. Na wstępie odrzucamy kierunek północny, po obejrzeniu prognoz i ostrzeżeń o zamknięciu “szóstek” zapada decyzja: płyniemy na Zatokę. Tam będziemy pędzić życie emerytów. Ktoś powiedział, że żeglarstwo byłoby pięknym zajęciem, gdyby nie konieczność przepływania od tawerny do tawerny. Decyzja jest tym łatwiejsza, że w tym samym kierunku rusza cała flotylla SAJ.

Po chwilowym załamaniu pogoda się poprawia, dwa przeskoki: z Łeby do Władysławowa i z Władysławowa do Helu są słoneczne i  plażowe, choć ten drugi to lawirowanie między deszczowymi chmurami. Udaje się niemal do główek, koło pławy Hi-S ubieramy sztormiaki na kąpielówki, a cumowanie odbywa się w potopie.Tak to efektownie wracam po trzech miesiącach na Zatokę. Spędzimy tu z TEQUILĄ  dwa najbliższe tygodnie, da mi to okazję, by wizytować z wody przystanie, które opisuję w nowym wydaniu locyjki ZATOKA GDAŃSKA.

Na początek jednodniowy wypad do Jastarni, gdzie spotykamy przyjaciół. Wracamy jednak szybko do Helu, bo tu jest CAPTAIN MORGAN.

Funkcja hotelowa i restauracyjna mniej interesuje żeglarzy, dla nas liczy się TAWERNA. Jest to miejsce niezwykłe. Zaczyna się od Szanownego Właściciela, cały personel jest życzliwy, uśmiechnięty (niezależnie od ruchu, upału i pory doby!) i pomocny. Ale clou to Sławek Cieślak. Niemal cały rok i niemal codziennie wieczorem gra na gitarze i harmonijce  śpiewa szanty, piosenki żeglarskie i czasem coś innego ale zawsze dobrego. Goście na sali otrzymują śpiewniki (w tym roku z powodu koronawirusa nie można korzystać z papierowych, jednak każdy ma smartfona i jeśli nie zapomni okularów, to wchodzi w zakładkę Śpiewnik Szanty na stronie pubu. Można zamawiać utwory podając numer strony.

Są tu pewne obyczaje:

– Sławek nie powtarza dwa razy tego samego utworu, inaczej “Bezpańskie Dziewczyny” albo “Gdzie ta koja” leciałyby po osiem razy  jednego wieczoru;

– Zamówienie strony 14 kończy definitywnie wieczór (sprawdźcie sami co to);

– Wtajemniczeni umieją zamówić utwór spoza śpiewnika – kilk atakich wykonawca ma w zanadrzy, opracowując na kolejny sezon;

– “Radio Szczecin” wymaga chórku żeńskiego (nie powiem, jak to załatwić!);

– Sławek chętnie widzi innych grających, zawodowców i amatorów;

– NAJWAŻNIEJSZE: PUBLIKA POWINNA ŚPIEWAĆ!! “Śpiewać każdy może, jeden lepiej drugi gorzej”.

A na środku tawerny wisi dzwon. Jeśli umiecie poprawnie wybić jedną szklankę (i macie rezerwę na karcie kredytowej), to spróbujcie to uczynić. Aplauz wszystkich obecnych gwarantowany!

Warto bywać w “Morganie”… To też ważny powód, dla którego stoimy kilka dni w Helu.

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

 

Stójkowy, czy opiekun?

Doświadczenie z dziesiątków wizyt w polskich portach jest pod jednym względem jednoznacznie pozytywne. LUDZIE SĄ W PORZĄDKU.

Pracownicy administracji morskiej, czyli bosmani portów, są przede wszystkim życzliwi żeglarzom. Przesadne ingerencje pod szyldem “bezpieczeństwo” lub okazywanie przewagi władzy, to sytuacje naprawdę wyjątkowe. Podobnie bosmani marin, czasem ich świadomość obowiązków bosmana jest niezbyt wielka, niezwykle rzadko jednak zdarza się brak dobrej woli – twierdzę, że zazwyczaj wywołany przez nieuprzejmość lub wręcz chamstwo żeglarzy. A więc ogólna recenzja jest pozytywna.

Nie wszystko jednak jest idealnie. Jak wspomniałem, bywa, że personel portu nie do końca ma świadomość, jak marina powinna działać. Tak to było:

Wchodziłem sobie solo do mariny, którą lubię bardzo i w której bywam kilka razy w roku. Staję zawsze w tym samym rejonie, w pobliżu budynku łazienek i w zasięgu wi-fi. Alternatywą jest postój na peryferiach rozległej mariny, daleko od łazienek i w miejscu mocno “zakomarzonym”. Na główce umieszczono napis, by kontaktować się z bosmanem mariny na wskazanym kanale VHF albo pod numerem komórkowym. Nie czynię tego, nie chcąc zostać odesłany na wspomniane peryferie. Ponieważ w marinie, jak rzadko w Polsce, funkcjonuje system czerwone-zielone, to jestem w stanie wybrać wolne miejsce, o wielkości dostosowanej do długości mojego jachtu. Tak było i tym razem.

Po zacumowaniu poszedłem do biura opłacić postój. Sympatyczna panienka sprawnie odnalazła jacht w komputerze, wpisała datę, poprzedni i następny port, liczbę osób… W tym momencie odzywa się siedzący z tyłu PAN:

– O! Kolejny, który się nie zgłosił…

– Nie, w hałasie silnika i w trakcie manewrów trudno mi się bawić – i wróciłem do przerwanej rozmowy z panienką.

PAN jednak nie przestał, coś tam mówił, nie słuchałem zbyt uważnie, będąc zajęty płatnością. W pewnej chwili jednak PAN stwierdził, że będę musiał się przestawić na drugą stronę wytyku. Odparłem, że tam jest czerwona tabliczka, a ja stanąłem na zielonej. Riposta mnie osłabiła, mówiąc młodzieżowo:

– Bo wiem pan, u nas jest jak w prawie o ruchu drogowym: są znaki poziome, znaki pionowe, światła czerwone i zielone ale najważniejszy jest policjant.

Wykazałem się niepełnym refleksem:

– Czuje się pan policjantem? Współczuję w dzisiejszych czasach! – panienka ryknęła śmiechem, a ja niestety nie dodałem, że policjant, jak reguluje ruchem, to podnosi d… zza biurka i idzie machać łapkami.

No cóż, sprowokowany incydentem, zacząłem się przyglądać pracy mariny. Pierwsza obserwacja była taka, że na wytykach leżą zwały guana kaczego i mewiego. Pytanie, czy “PAN (policjant)” nie mógłby się pofatygować raz na tydzień z karcherem albo szlauchem i szczotką, a jeśli nie mógłby osobiście, to chociaż wydelegować innego pracownika? Obserwacja kolejna, to motorówki i skutery robiące falę w porcie. A może “PAN (policjant)” mógłby pofatygować się i zwrócić uwagę chuliganom albo pogadać z firmami wypożyczającymi sprzęt. A może chociaż poprosić o interwencję swojego dyrektora, o ile on sam nie jest dyrektorem. W łazienkach 1/4 kabin prysznicowych (czyli jedna), i analogicznie pisuarów, jest od zeszłego roku nieczynna, z kartkami o stosownej treści. A może “PAN (policjant)” mógłby podnieść d… ze stołka i naprawić albo poprosić o stosowną decyzję swojego dyrektora, o ile on sam nie jest dyrektorem.

No i na koniec sekwencja smaczna. Jak wiadomo rankiem w dużej marinie może pojawiać się okresowo tłok w łazienkach. Szczególnie obciążona, według mojej obserwacji, jest pora od 0730 do 0800 (“Godzina zero – osiemset” było w kultowym filmie o Królowym Moście). I oto prysznice męskie są o tej porze sprzątane przez panią. Oznacza to zmniejszenie potencjału już do połowy kabin i dodatkową kolejkę. Oznacza to też, że nadzy faceci paradują przy pani, aby wrzucić monetę do automatu. Kolejnego dnia dokonałem obserwacji: pani sprząta kolejno od wejścia do budynku – najpierw kuchenkę i zmywak naczyń (do południa pusty zupełnie), potem korytarz, około 0700 łazienkę damską (mniej zatłoczoną, bo pań jednak w marinie mniej, a może i awarii nie ma) i od 0730 męską. No cóż, może pani lubi podziwiać męskie tyłki i przodki… Bardziej jednak prawdopodobne, że “PAN (policjant)” nie pofatygował się nauczyć jej organizacji pracy, ani jego dyrektor, o ile on sam nie jest dyrektorem.

Jaki stąd morał? Może taki, że w marinach nie potrzeba policjantów, a raczej zwykłych bosmanów. Zaś o ich kwalifikacje powinien zadbać ich dyrektor, szef portu, czy jak go tam zwał. Jeśli takowy nie jest żeglarzem, to naprawdę da się znaleźć żeglarza, który nauczy bosmanów jednego węzła cumowniczego, podstaw pracy cumami i odbijaczami. A organizację pracy dyrektor, szef portu, czy jak go tam zwał, powinien z definicji mieć w małym paluszku.

 

 

Gastronomiczny paragraf 22

 

Stanąłem ja sobie w pięknej marinie, z całą pewnością mogę ją nazwać ulubioną. Komfortowe warunki, cisza (z pewnymi wyjątkami), bardzo dobre łazienki, uczynni i sympatyczni bosmani, na miejscu gastronomia: restauracja (w tym śniadania dla żeglarzy i niezły bar) oraz grill. Okresowo koncerty szantowe, w miejscowości sklepy, stacja paliw dostępna z wody, blisko do pięknej plaży. Wracam więc od lat.

Wróciłem i w tym roku. Lenistwo wygrywało z portfelem, więc korzystałem z nietaniej marinowej restauracji (w końcu ceny mają prawo być takie, jakie zaakceptują klienci). Co do jakości jedzenia też trudno się wypowiadać – nie całkiem trafiała ona w mój gust i smak. Jednak lenistwo i to przeważyło, naprawdę nie chciało mi się chodzić do miasta. Obsługa była zawsze uprzejma i miła, choć zdecydowanie kiepsko przygotowana. Zapominanie o fragmentach zamówień, nieustanne bieganie ale z mnóstwem “pustych” kursów, trochę to denerwowało ale uśmiechy kelnera i dwóch kelnerek pozwalały nie komentować zgryźliwie.

Aż tu któregoś wczesnego ranka, mniej więcej za piętnaście minut południe, zapragnąłem beczkowego “Kozela” i frytek z solą. Grill zamknięty, stoliki i krzesła mokre po ulewie, parasole zwinięte. Udałem się więc do restauracji. Za barem pojawia się jakaś nowa, dotąd mi nie znana pani:

Czym mogę służyć?

– Chciałbym duże beczkowe, jasne i frytki z samą solą, bez keczupu.

– Frytki to w grillu…

– Ale tam zamknięte!

– Kolega już otwiera, proszę chwilę poczekać.

Wychodzę ja sobie na dwór, czyli też na pole, i czekam cierpliwie. Dziesięć minut, dwadzieścia. Anioł Pański na kościele wydzwonił, dwie dłuższe rozmowy telefoniczne odbyte, a tu NIC! Zamknięte i cisza. Wracam do restauracji, tym razem za barem znajomy i sympatyczny kelner.

Czym mogę służyć?

– Chciałbym duże beczkowe, jasne i frytki z samą solą, bez keczupu.

Bierze pokal, leje “Kozela” i mówi:

– Frytki to w grillu…

– Ale tam zamknięte!

– Kolega już otwiera, proszę chwilę poczekać.

– Czekam już ponad pół godziny, nic się nie dzieje, proszę jednak te frytki.

Skończył lać i mówi:

– U nas frytki tylko jako dodatki do dań.

Powstrzymuję język, płacę bez słowa za piwo, siadam i nadal spokojnie wypijam. Około 1300 wychodzę na zewnątrz, parasole nadal pozwijane, grill częściowo otwarty  ale wewnątrz jest “kolega”. Podchodzę:

– Poproszę frytki z samą solą….

– Nie mam frytek!!!

Nie kazałem mu ruszyć dupy i pójść do restauracji po nowy zapas. Odszedłem.

Więcej do tego kompleksu gastronomii rodem z peerelu nie pójdę nawet na prostego drinka. Komuna wróciła…

Z pozdrowieniami dla Czytelników

Oberst Franz Kafka von und zu Leba

PS. A restaurację i grilla w Marinie Łeba odradzam każdemu, komu dobrze życzę. Tak, Panie Prezesie Blake Carrington (to z Facebooka).

TEQUILA 2020 – dni 80 do 84

2020-08-19 środa do 2020-08-23 niedziela

Pięć dni upalnych. Po dobowym oczekiwaniu w Łebie na spóźnioną załogantkę (wraca na cztery dni Mariola) ruszam do Ustki, Darłówka i z powrotem. Cztery dni plażowej żeglugi, z przerywnikiem przedpołudniową ulewę właśnie w Darłówku. “Szwagier” spisuje się znakomicie, nawet na sporej fordewindowej fali, można sobie pozwalać na korzystanie z ostatnich dni lata. Z prognoz wynika, że koniec sierpnia będzie paradą kilku kolejnych niżów. To taka tradycja “bartłomiejowego sztormu” – zawsze około 24 sierpnia (św. Bartłomieja) nadchodzi pierwszy jesienny albo ostatni letni sztorm, a co najmniej załamanie pogody. Sprawdza się niemal co roku.

W Darłówku pustki w marinie. Jesteśmy jedynym jachtem gościnnym. Opiekuńczy bosman powierza nam kilka kluczy do budynku, na wypadek, gdyby w nocy wszedł jakiś jacht. Niepotrzebnie: nikt się nie pojawia. W trakcie spaceru po mieście czynimy obserwacje socjologiczne, porównując wczasowiczów z Darłówka i Ustki. W Darłówku jest wyraźnie wyższy procent patologicznych grubasów, nawet młodych i bardzo młodych osób. Także bardziej niechlujnie ubranych, mniej modnych i chyba bardziej hałaśliwych i tłoczących się przy kramach i smażalniach. Czy to coś znaczy? Wieczór w Darłówku jest upalny, jeszcze po północy temperatura przekracza 25 stopni. Po krótkiej probie tańców na betonie przy knajpce nad kanałem portowym rezygnujemy. I po co ta sukienka?! Lepszy zimny drink w znanym mi z poprzedniej wizyty barze. Dużo lepszy.

Przy wyjściu usiłuję zrobić zdjęcie “Zjawy IV” oczekującej na remont. Efekt mierny ale dla dokumentacji zamieszczam.

Przejście do Ustki po przedpołudniowej ulewie to bajeczna zmiana pogody na coraz bardziej słoneczną, ukoronowana zachodem słońca w morzu. Jarosławiec z bliska też wart obejrzenia.

 

W Ustce gościnność bosmanów zasługuje na specjalne podkreślenie. Raz jeszcze serdeczne podziękowania na ręce szefa Huberta Bierndgarskiego! Zachwycają, jak zwykle, odrestaurowane domki. Z punktu widzenia turysty rewitalizacja starej Ustki to pełny sukces.

Ostatni dzień to słoneczna, szalona jazda do Łeby, fordewindem na zrolowanym do połowy foku. Autopilot tylko raz przez całą trasę nie daje rady, wywozi jacht do półwiatru, zaczyna protestować, a plażowicze dostają zimny prysznic w pół burty. Przywrócenie zimą przez “Eljacht” ustawień fabrycznych owocuje pozytywnie.

 

W Łebie zastajemy istny zlot jachtów armatorów – członków SAJ: jest na sześciu! Po wyjeździe Marioli wsiądzie tu Jacenty, z którym pływamy na TEQUILI od pierwszego sezonu. To będzie już ostatni etap, a także czas na refleksje, zaczyna mi się układać tekst, który niekoniecznie się spodoba części Czytelników. Ale o tym we wrześniu.

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

TEQUILA 2020 – dni 77 do 79

2020-08-16 niedziela do 2020-08-18 wtorek

Upalne dni, “motoring” wzdłuż wybrzeża, od Ustki do  Łeby, nie ma żadnych wydarzeń do opisywania, więc zajmę się kwestią manewrowania w portach w pojedynkę.

To, o czym tu napiszę, powinno być dla większości żeglarzy oczywistą oczywistością. Napiszę mimo wszystko, bo sposób podejścia do tematu może komuś się przydać, a codzienna obserwacja wykazuje, że z ta „oczywistością” jest różnie.

Często można zaobserwować manewry portowe całkiem licznych załóg, które nie radzą sobie, aby zdążyć z wykonaniem wszystkich czynności. Lepiej wychodzi to na przykład parom emerytów – tak powszechnie żeglującym pod banderami naszych bałtyckich sąsiadów, a i coraz częściej pod biało-czerwoną.

Jak zatem można poradzić sobie w pojedynkę, jeśli liczne składy nie nadążają?

Kluczem są dwie sprawy: Po pierwsze, sprawność w wykonywaniu podstawowych czynności manualnych. Po drugie, przemyślenie wszystkich tych czynności, tak by nie dać się zaskakiwać zmiennym sytuacjom.

W kwestii pierwszej: Należy umieć szybko klarować liny, wiązać kilka podstawowych węzłów, podać linę na keję itp. W kwestii drugiej: należy być gotowym do cumowania na obie burty, zależnie od okoliczności, mieć wszystko sklarowane i planować kolejne czynności, tak by nie tracić czasu na zbędne przemieszczanie się po pokładzie albo dodatkowe, niespodziane przygotowania.

Każdy samotnik dopracowuje się swoich tricków ułatwiających manewrowanie. Pokażę niżej moje.

Najpierw knagowanie cum. Knaguję bez zbędnego owijania, czy wielokrotnego obkładania liny. Zmniejszam ilość niezbędnych do wykonania ruchów i „oszczędzam miejsce”, na wierzchu będę mógł zaknagować kolejną linę. (Oczywiści, jeśli lina jest śliska, za cienka do knagi albo bardzo silnie obciążona, założenie kolejnej ósemki może być niezbędne). Co więcej: wykorzystując fakt, że jeden koniec liny jest zawsze przywiązany do jachtu, używam ten koniec w postaci pętli założonej na knadze.

Pętla z węzła ratowniczego zawsze da się rozwiązać ale przez lata używałem cum ze stałą zaplecioną pętlą i też było dobrze. Pętlę można założyć od wierzchu na knagę ale jeśli stawać mamy przy wysokiej kei warto ją przewlec poprzez nią.

Knagując należy pamiętać, by koniec zakładany na knagę był nieobciążony, w przeciwnym razie odknagowanie liny pod napięciem może okazać się bardzo czasochłonne i wymagające siły. Uwaga: w przypadku stosowanej przeze mnie długiej cumy dziobowej pracującej na obie burty, o czym niżej, ten „wolny koniec” to odcinek pomiędzy oboma knagami.

Kolejna kwestia, to klarowanie lin. Liny w użyciu są buchtowane ale niezwiązywane i, broń Boże, nie zwijane w słoneczko, które zawsze nam się splącze w razie konieczności użycia cumy. Cumy przygotowane do użycia są zaknagowane, wyprowadzone pod koszami i przez półkluzy i ułożone w buchtach na pokładzie.

Tu dwa moje osobiste tricki.

Na dziobie używam jednej długiej cumy. Jej dwie niemal połówki są przygotowane na obie burty. Środkowa część, to kilka zwojów, stanowiących luz pomiędzy knagami, zastępujący „koniec nieobciążony”, o którym wspomniałem wyżej. Czemu tak? Ano dysponuję możliwością łatwej regulacji długości obu cum albo cumy i szpringu. Długa lina może także stać się szybko holem. Drugi trick to wykładanie obu cum na kosz dziobowy, wtedy gdy podchodzę dziobem do kei (najczęstsze) mogę liczyć, że ktoś sięgnie po cumę i przytrzyma dziób, zanim uporam się z cumą rufową. Nie stosuję jednej długiej liny na rufie – z racji odległości knag oraz ilości przeszkód: rumpel, aftersztag, flagsztok, antena, koło ratunkowe itp. Dwie, o długości łódki każda, są bardziej funkcjonalne.

W bakiście kokpitowej mam jeszcze czwartą (czyli jakby piątą) linę, sklarowaną i gotową do użycia.

Co ważne: podstawowe cumy są pływające – dla zmniejszenia ryzyka wkręcenia we własną śrubę. To bardzo ułatwia życie.

Czasem staje się w dalbach. Wtedy warto rufowe cumy, zaknagowane na rufie, wynieść sobie do przodu – ja układam je na owiewce. Mogę wtedy założyć w biegu ze śródkokręcia pierwszą (zazwyczaj po nawietrznej) cumę, wyrzucić ją za burtę, tak by nie haczyła o reling i przejść do drugiej cumy. Także założyć na dalbę, wyrzucić i zapomnieć do czasu powrotu z dziobu. Pętle na końcach cum mogą się okazać za małe do dalb. Rozwiązanie jest proste: niewielka, nie zaciskająca się, pętla z węzła ratowniczego. W razie potrzeby przekładamy przez nią linę robiąc pętlę dowolnej wielkości. Taka pętla co prawda się zaciśnie ale mamy przecież łatwo rozwiązywalny węzeł ratowniczy.

Może się zdarzyć, że musimy stanąć longside. Dobrze byłoby mieć wtedy knagę na śródkokręciu i założyć prowizorycznie stamtąd jedną linę. Ja nie mam. Układam wiec na owiewce koniec cumy dziobowej i koniec rufowej. Mogę wtedy wyrzucić obie naraz na keję, pójść za nimi i mam jacht w rękach na obu szpringach. A potem jest czas na bieganie przed dziób i za rufę z cumami.

O ile tylko to możliwe staram się zakładać cumy na biegowo, to ułatwia i skraca wszelkie późniejsze manewry. Oznacza to też, że na jednej knadze rufowej powinny być cztery końce cum. Jednak jeden to wspomniana wcześniej pętla. Dwa to dwa normalne węzły knagowe. Ostatni koniec mocuję pętlą z węzła ratowniczego do kabestanu szotowego, w ten sposób zmniejszając ilość supłania na knadze.

Przygotowuję też odbijacze, po dwa na każdej burcie w najszerszym rejonie, przywiązane do linki relingu, nie do słupków, by można było je szybko przesuwać. Podczas przejścia kanałem portowym leża one na pokładzie, dla estetyki, wykopuje je na obie strony dopiero zbliżając się do basenu, w którym staję. Piąty odbijacz jest w pogotowiu, abym mógł go szybko założyć w miarę potrzeby. Jeśli staje longside, odbijacze na zewnętrznej burcie pozostają; dla bezpieczeństwa ale i z uprzejmości. To komunikat: „Możesz stanąć przy mnie”.

W kokpicie, czyli pod ręka leży krótki bosak (fajnym trickiem jest przechowywanie takiego bosaka wewnątrz bomu, o ile oczywiście jest on otwarty od strony noku i pusty). Krótki, bo operatywny, a jeśli krótki nie wystarczy, to i długi się nie przyda. Najczęściej służy do przytrzymania się o y-bom albo boję, jeśli cumę trzeba przewlec przez ucho, a wiatr odpycha. Czasem, by założyć pętlę na dalbę.

Bywają specjalne karabińczyki, zakładane na koniec bosaka, które można zatrzasnąć na uchu y-bomu, czy też boi. Mam taki od lat ( w świetnej realizacji Jacka Grabowskiego) i… nie używam, okazał się niekonieczny.

Inny patent, to haki na długim pręcie zakładane na ucho, a widziałem też specjalny hak do przytrzymania się o wytyk w trakcie cumowania – odpowiednik brestu, krótkiej cumy ze śródokręcia. Jedna osoba przytrzymuje, druga zakłada kolejno cumy.

Wiadomo, że wygodniej jest stać przy wytyku – pomoście od jego zawietrznej, tak by nie tłuc o niego burtą. Ja jednak wolę podchodzić po nawietrznej: wtedy wystarczy zatrzymać jacht i pozwolić się docisnąć burtą, bez dodatkowych zabiegów. Nie ma ryzyka oparcia się o cudzy jacht w przypadku, gdyby któraś z cum nie została założona dość sprawnie.

W Polsce istnieje dość egzotyczny obowiązek meldowania się administracji morskiej przy wejściu do portu. Wyciągam z tego swoista korzyść. Zgłoszenie wygląda tak: „Kapitanat Iksowa, jacht TEQUILA na wejściu, jedna osoba, idę z Ygrekowa”. Co osiągam? Wypełniam obowiązek ustawowy, informuje słuchającą rozmów Straż Graniczną, że nie musi wsiadać w auto i jechać do kontroli zaraźliwego Szweda, co oszczędza funkcjonariuszom zbędnego trudu, a podatnikom pieniądze za paliwo. Najważniejsze: bosman dyżurny i użytkownicy w ruchu wiedzą, że wchodzi jacht z jedną osobą, a więc podejrzany o mniejszą zdolność manewrowania. Zapewniam Czytelników, że reakcja zawsze jest pozytywna: dają ciut więcej miejsca i czasu, nawet jeśli nie jest to dla mnie konieczne.

 

RELACJA DZIEŃ PO DNIU