Po Bitwie o Gotland

 

 

 

Zakończyły się regaty Bitwa o Gotland. Do mety dopłynęły tylko 3 jachty z dwudziestu: Zenon Jankowski “Oceanna”, Aleksandra B. Emche “Mokotów” i Paweł Biały na czarterowek “Delphii III”. Ryszard Drzymalski po poważnej kontuzji został ewakuowany przez statek SAR, a jego “Konsal 3” opuszczony sztrandował na wybrzeżu litewskim.

Oczywiście przebieg regat wzbudził dyskusje, w tym jak zwykle pojawiły się postulaty ograniczenia wolności żeglowania. Odpowiedzią może być tekst uczestniczki regat,  która zresztą podjęła decyzję o wycofaniu się. Uczyniła tak, mimo iż startowała na oceanicznym jachcie,  sprawdzonym na Poludniowym Oceanie, uczyniła tak podobnie jak Joanna Pajkowska, przygotowujący sie do rejsu non-stop dookola świata  Rafał Moszczyński albo odbywający kwalifikacje do OSTAR Jacek Chabowski.

Oto głos Honoraty Wąsowicz:

NIE ZMIENIAJCIE NAM BITWY W SPACEREK PO PARKU

To, co w ostatnich dniach wydarzyło się na Bałtyku, wywołuje falę dyskusji w sieci. Że skoro było wiadomo, jak trudne warunki nadchodzą, to że trzeba było regaty odwołać/przesunąć. Że po co ryzykować. Że przez brawurę dochodzi do wypadków. Że niepotrzebne narażanie zawodników, pracowników SAR itp. Itd. Że organizatorzy są nieodpowiedzialni, bardziej przejmują się harmonogramem niż bezpieczeństwem etc.

Wypowiadają się oczywiście kanapowcy (jak zawsze, ale to bez znaczenia, więc nie do nich kieruję swoje słowa), ale też mnóstwo osób ze środowiska żeglarskiego, które bardziej wie co i jak.

Jako jedna z uczestniczek powiem Wam Szanowni Koledzy i Koleżanki Żeglarze tak – NIE ZMIENIAJCIE NAM BITWY W SPACEREK PO PARKU. My nie chcemy, żeby ktoś nam przesuwał start, bo będzie trochę trudno. Prognozy nie były na 12B, tylko 7-8 + porywy. Gdyby były na 10-12B, start NA PEWNO byłby przesunięty. Znamy takie decyzje z historii.
Ja w gronie zawodników Bitwy jestem jedną z najmniej doświadczonych, a i tak uważam, że formuła tych regat właśnie taka ma być. Nie oczekuję, że ktoś będzie dbał o moje bezpieczeństwo bardziej niż ja sama. To moje życie, moje decyzje, moje przygotowania, wybory. Ma być trudno, a ocena własnych możliwości w obliczu warunków danego roku, jest częścią zawodów. Decyzja, czy startuję, czy nie – już sama w sobie jest elementem wyścigu. Co roku jest mnóstwo wycofań. Spójrzcie na statystyki – mało kto ma same finisze na koncie. A są i tacy, którzy ani razu mety nie osiągnęli mimo kilku prób. I TAK MA BYĆ!

Czy jachty były przygotowane do takich warunków? Oczywiście, że były. A jeśli po 50 czy 100 milach ktoś poczuł, że jednak nie – to zawrócił. Proste. Ci, co popłynęli dalej czuli, że dadzą radę. Zarówno jacht, jak i oni sami. A wypadki i usterki – zdarzały się i zdarzać się będą. Fały się blokują, żagle drą, a złamać rękę przy niekontrolowanej rufie można nawet w czarterze na Morzu Śródziemnym. Zauważcie też, że oprócz rannego Ryśka, każdy mimo usterek radzi sobie skutecznie sam i bezpiecznie zawija do portu schronienia.

Zapowiadane warunki nie przekraczały możliwości jachtów i ludzi. A że jest trudno? Właśnie dlatego te regaty nazywają się: „Wielka Żeglarska Bitwa o Gotland”, a nie „O puchar prezesa…” jak to ładnie ujął jeden z zawodników (Andrzej Kopytko, który nota bene na 4 starty ukończył 2). I TAK MA BYĆ!
Można było nie wystartować, można było wystartować później (regulamin nie zabrania, linia startu i mety nie są zamykane), można tez zawrócić. I wiele z nas z tych opcji skorzystało. Nawet tak doświadczeni, jak Asia Pajkowska, która realnie oceniła zachowanie jachtu, warunki, i mimo dodatkowego obciążenia sławą jako jedna z pierwszych zrezygnowała z dalszej żeglugi.

Na koniec przytoczę fakt, że w bodajże najtrudniejszych regatach na świecie – Golden Globe Race, które wskrzeszono dwa lata temu, a kolejna edycja jest planowana na rok 2022, właśnie złagodzono przepisy i wymagania odnośnie kontroli i sprzętu sztormowego, jakie ma mieć jacht. Organizatorzy piszą tak: ” In relation to storm tactics and equipment to use like Drogues, no individual or expert exists with a sure solution, or the ultimate answer. Every boat, storm, wave pattern and situation is different, so we will NOT regulate what entrants must do, or should have. Like all good sailors, we keep discussing it, learning and researching, then make our own decisions and face our own destiny. Their life is in their hands. If there is one thing all entrants are very aware of and serious about, it is how they plan to survive the Southern Ocean. They do not need us to tell them and we don’t have a guarantee to give.” (więcej tutaj https://goldengloberace.com/independent-media-report-values-coverage-of-the-2018-ggr-at-185m/)
Oni swoje przepisy złagodzili, a podczas GGR wydarzyło się dużo więcej niż złamana ręka i utracony
Na fotografii Zimorodek na starcie BoG zarefowany po zęby. Za startem dołożyłam drugi ref na bezanie, a za Helem zrzuciłam grota. W odwodzie jeszcze fok sztormowy sklarowany na baby sztagu. I tak przygotowani czekaliśmy z Zimorodkiem na te 40-50kn.

Zdjęcie – Cezary Spigarski, Oficyna Morska

 

Ostatnia duńska trójka

Kolejna trójka portów odwiedzonych w tym sundowym włóczeniu.
Na wstępie dziękuję Don Jorge za dostarczenie odpowiednich stron “Sundu”, dzięki czemu mogę porównywać nie tylko suche mapki portów.

Zacznę od pary Humblebæk i Sletten. Miasteczko Humblebæk, gdzie są oba porty, nie zmieniło się istotny od przełomu wieków, kiedy opisał je Don Jorge. Poświęciłem kilka godzin deszczowego dnia na zwiedzenie Galerii Louisiana. Nawiasem nazwa nie pochodzi od amerykańskiego stanu, a od trzech żon założyciela nieruchomości, na której 100 lat później powstało muzeum, reklamowane jako jedno z najważniejszych w świecie miejsc wystawienniczych sztuki współczesnej.

Przejdźmy jednak do portów.
Opis Humblebæk w locyjce “Sund” jest nadal aktualny. Oczywiście nie dotyczy to cen, minęły jednak lata. Tu nie ma parkometru, bosman, obsługujący także i Sletten, wpada i wypada ale za to na rowerze wozi czytnik kart. Płaciłem 155 koron, jacht o 12 cm krótszy już 145. W cenie prąd, woda i rowery! Prysznic 10 Dkk za 6 minut, trzeba u bosmana nabyć żeton albo korzystać z zimnej wody. Przy kilku godzinach północnego wiatru odczulismy falowanie w porcie.

Istotniejsze zmiany zaszły zmiany zaszły w dwudziestoleciu w Sletten. To teraz marina nie mniejsza, niż Humblebæk, a rybacy pozostali w zasadzie tylko w tym pierwszym porcie.

Sletten z lotu ptaka za danskehavnelods.dk

Podejście do portu nie nastręcza problemów. Tuż przed główkami para tyczkowych pław. Uważajcie na ostrogę – łamacz fal,​ wychodzącą w lewo od lewej główki. Dlatego podchodzić należy od północnego wschodu, a nie wzdłuż falochronu. Główki porządnie wyłożone drewnem,​ szerokość wejścia​ kilkanaście metrów.

Głębokość w wejściu 3 m, w porcie 2,5m. Bardzo silne wiatry z kierunków północno-zachodnich mogą podnieść, zaś przeciwne obniżyć poziom wody o ok. 1 m. Długość 15, szerokość 4​ zanurzenie 2,2 m. Prąd wzdłuż wybrzeża pojawia się zgodnie z kierunkiem tych wiatrów.

Plan portu pokazuje wypłycenie między dwoma pirsami, coś w tym jest, za naszej bytności stały tam motorówki i wyraźnie mniejsze​ jachty.

Przy wiatrach z północnej połówki można, podobnie jak w Humblebæk,​ spodziewać się niespokojnego postoju.
Duńska strona internetowa podaje, że jest dostępna stacja paliw oraz nabijanie butli gazowych. Z racji pośpiechu nie zauważyłem,​ czy faktycznie tak jest.

No i wreszcie Vedbæk, już ostatni port przed rozpoczęciem powrotu do Kuźnicy.
Opis w locyjce “Sund” jest nadal aktualny. Z pary przywołanych i obecnych na mapach pław tyczkowych fizycznie jest tylko zielona i ją należy respektować! Dopuszczalne wymiary wchodzących statków to długość 25 m, szerokość 6 m oraz zanurzenie 2,4 w wewnetrznym i 2,7 m w zewnętrznym basenie. Pytanie tylko GDZIE taki mamut się zmieści. Rozstawy dalb na oko nie przekraczają 4, może 4,5 m, a najdłuższe stojące jachty około 16m.

 

Oczywiście nie spotkamy żywego bosmana,​ kontaktujemy sie z parkometrem. W cenie wszystko, uwaga: kod do łazienek drukuje się na pokwitowaniu transakcji.
Miejscowość po poprzednich nie robi wrażenia,​ wydaje się mniej wymuskana, choć więcej luksusowych rezydencji. Sklep​ NETTO, zanim skręcimy w Stationvej. We wspomnianej przez DonJorge pizzerii żadnej blondynki, są ciemnowlosi Włosi. Warto znać nazwiska Baszanowski, Kaczmarek i inne, jeden z kelnerów (może właściciel) jest kolegą Norberto Oberburgera złotego medalisty w wadze ciężkiej z Los Angeles 1984.

Przy okazji jeszcze coś: rowery.
To popularny środek lokomocji w Danii,​ a sieć bezpiecznych ścieżek i życzliwość kierowców są imponujące.
Najłatwiej wypożyczyć rower korzystając z aplikacji smartfonowej. Przetestowaliśmy Donkey Republic.

Ściągamy ją ze Sklepu Play lub AppStore bezpłatnie. Potem trzeba ją dość intuicyjnie skonfigurować, podpiąć kartę kredytową i WIO.
Do odblokowania roweru niezbędny jest właczony Bluetooth. Pamiętajmy, że kasa naliczana jest do chwili ZDANIA​ roweru. Koszt ok. 50 Dkk, za godzinę.
UWAGA: Internet telefoniczny w Danii dość często zrywa, trzeba być czujnym, by zaprzestać płacenia na czas.
Na podobnych zasadach wypożyczamy elektryczne hulajnogi albo skutery.

 

 

 

Uporceni w Sassnitz

Po 12-godzinnym przeskoku z Falsterbokanalen stanęliśmy w Sassnitz przespać się trochę.

Będziemy spać chyba do jutra, pogoda wygląda tak:

34 węzły to niekoniecznie dla TEQUILI, a do tego leje. Nie leje ale LEJE!

Trudno przetrwać to uporcenie (lotników uziemiają, to nas uporcili) ale jak mówi stara piosenka żeglarska “Rum jeszcze jest”, zaś napis na Złotej Bramie w Gdańsku głosi:

RUM OMNIUM FUNDAMENTUM – RUM PODSTAWĄ WSZYSTKIEGO.

 

Druga trójka

Dziś, pomijając opis Kopenhagi, o kilku portach opisanych w “Sundzie” Jerzego Kulińskiego. Dwa z nich leżą w ciągu marin pomiędzy Kopenhagą, a Helsingörem, podobnie jak wcześniej opisana marina Rungsted. A potem przeniesiemy się do południowych bram Sundu.

Na początek Nivå, (Nivaa) na pokładzie TEQUILI zwana żartobliwie Nivea.
Miejscowość i port zdecydowanie lepiej wyglądają z morza niż wewnątrz. Sama miejscowość jest po prostu mało ciekawa. Dla żeglarzy ważne może być to, że dysponuje sklepem sieci NETTO. W Nivå Center jest także biblioteka, apteka i ponad dwadzieścia sklepów i restauracji.
Koneserów sztuki może zaciekawić Nivå Art Collection.

Dominującą cechą mariny jest jej skomplikowany układ. Trudno pojąć, co kilkanaście lat temu kierowało projektantami, którzy stworzyli istną plątaninę pomostów. Rzeczywiście, jak pisze Don Jorge, nie zapuszczałbym się głębiej, niż do pomostu D. Odległości między rzędami dalb zwężają się dziwacznie i może się okazać, że brak miejsca na zacieśnioną cyrkulację.

Stacji paliw nadal brak. Dżwig ma udżwig 1600 kilogramów.
Warto zwrócić uwagę, że nie ma już systemu opłat według metrów kwadratowych. Najczęściej kryterium jest długość, jak w Nivå, czasem szerokość, jak w Skovshoved. Za wyjątkiem, zupełnych wyjątków opłatę wnosi się w “parkometrze” wyłącznie kartą. American Express nie chodzi, Visa i Mastercard owszem.
Przewodnik po automacie jest w kilku jezykach i nie wymaga tu komentarza. Uwaga: albo kupujemy Tally Card na usługi (można niewykorzystane pieniądze odzyskać) albo wszystko jest bez ograniczeń w cenie ale wtedy trzeba nie zapomnieć kwitka, na którym wypisany jest kod do łazienek, czasem hasło Wi-Fi, a w Nivå także kod do odblokowania wypożyczania roweru. Automat wyrzuca też przylepną opaskę, którą należy zamocować na koszu dziobowym. Żywych bosmanów brak ale kontrolerzy chadzają po marinach!

Skovshoved to za to fajny port, w gruncie rzeczy na przedmieściach Kopenhagi. Sama miejscowość jest estetyczna i senna, z mariny do stacji kolejowej około 2 km. UWAGA: inaczej, niż w “Sundzie”, na Strandvejen nie zrobimy zakupów, jest tylko pizzeria, hotel i sklepik ze szkłem, ramkami do zdjęć i obrazkami.
Zakupy spożywcze w sklepach kilku sieci w odległości ok.4 km od mariny. Ja sobie znalazłem za kościołem i stadionem piekarnię Patryka i “kiosk” Jabbara, czyli mały sklep spożywczy, na Ordrup Jagtvej, tuż przed torami.

Przejdźmy do samego portu. Jego konstrukcja wydaje się sensowna. Jedno to tłumik fal, a drugie to falochron osłonowy. Fakt, że prąd ma szansę tam nieco przyśpieszać, choć nie jestem do końca pewny, taka niby-dysza może być naprawdę “zaporą” odrzucającą prąd od główek. Nie przetestowałem gorszych warunków, w dobrych mimo prądu wejście było łatwiutkie. Tak czy owak w gorszej pogodzie uważajcie!

Przy okazji: nie rozumiem zalecenia trzymania dziewczyn pod deckiem! Widać DonJorge nie miał trzech kobiet kapitanów i jeszcze trzech żeglarek w domu!

Cudeńko 

Zdjęcie pomnika przy zielonej główce miałem zrobić wychodząc ale prędkość z wiatrem była za duża.
W porcie są różnorakie uslugi, stacja paliw, dżwigi, stocznia i serwisy, na mapach także żaglomistrz (zapomniałem zweryfikować). Jest także włoska restauracja i, jak zwykle w tym rejonie, kąpielisko za falochronem. Z racji strojów, a raczej ich braku, nie róbcie zdjęć!

Stanowiące swoistą bramę do Sundu Dragør (Dragoer) najfajniejsze z tych miejsc. Dość przypadkowo wybrałem Stary Port, Gamla Havn, po północnej stronie. Okazało się to strzałem w 10. Staliśmy przy północnym falochronie, który powstał, oczywiście nie w tej postaci, w 1600 roku. Port cały wypełniony zabytkowymi budyneczkami, tuż przy nadbrzeżnej ulicy i prostopadłym do niej deptaku.
Miasteczko też jak skansen…

Oto Dragør

Do centrum handlowego (Netto, Fotex Food, apteka i inne) około 1,3 km, kilkaset metrów wcześniej jeszcze przed kościołem spory sklep spożywczy Irma i zieleniak, a na stacji Shella 7- Eleven. A po drodze restauracje, bary, knajpki i knajpeczki. Ciekawe mogłoby być Dragør Museum obok wieży obserwacyjnej ale cóż, akurat wewnątrz pracowała ekipa remontowa.

Sam port ma podejście jak w opisie w “Sundzie”, wewnątrz także niewiele musiało się zmienić. Stacja paliw jest w starym porcie promowym, a nie w Gamla Havn. Oczywiście są “nowe, lepsze ceny” i parkometr, tym razem wyjątkowo akceptujący także gotówkę.

Manewrowanie na żaglach to normalność 

Nowy, południowy port pozostawiłem sobie na inną okazję, zapewne zimą opiszę go na swojej stronie. Na pierwszy rzut oka robi wrażenie wygwizdowa, bez żadnej osłony od zachodnich wiatrów.
Co jeszcze ważnego? Autobusem 35 można dojechać do lotniska Kastrup. Bilet 24 Dkk. Przystanek niedaleko kościoła, ok. 600 m od starego portu Rozkład jazdy w Informacji Turystycznej przy muzeum. Czas jazdy ok.15 minut. Linia 33 kursuje do Kopenhagi – okrężną trasą. Bilet 72 Dkk. Uwaga: płatność tylko gotówką i to drobnymi.

PS. Jakby ktoś trafił na gorsza pogodę w Dragør to….

… można po drodze z kościoła albo na zakupy. Ale polecam Tlumacza Google.
.

A to niespodzianka

Ku pełnemu zaskoczeniu tuż przed Kopenhagą trafiliśmy na regaty jachtów klasy R12. To kultowa dla mojego pokolenia klasa, powstała w 1907 roku i od lat 30-ych do 1987 rozgrywano na niej Puchar Ameryki.

Zbudowano ich okolo 170, istnieje około 100, ścigało się osiem.

Trzy sympatyczne porty

 

W pierwszej rundzie plywania po Sundzie, obok Elsinore – Helsingöru oraz Snekkersten odwiedziłem trzy przystanie zawarte w locyjce “Sund”. Przypominam: bezpłatny skan dostępny jest na stronie SSI.
Te trzy przystanie to, w kolejności jak je odwiedzałem: Hornbæk, Gilleleje i Rungsted. Generalnie należy stwierdzić, że mimo upływu lat, opisy w “Sundzie” nie straciły na wartości.
Hornbæk to niewielka miejscowość, której największą zaletą są piękne plaże rozcìągające się tuż obok mariny z obu jej stron.

W samej miejscowości jest kilka sympatycznych knajpek i sklep sieci Netto, co pozwala uzupełnić zaopatrzenie.
Opis Jerzego Kulińskiego w “Sundzie” wydaje mi się nadal adekwatny. Miejsca na postój trzeba szukać przede wszystkim po lewej stronie, w ostateczności wciskając się do basenu wewnętrznego.
Na potwierdzenie zrzucam dla Czytelników zrzut z Navionicsa:

Kolejny port to Gilleleje. To port stanowiący punkt startowy z Sundu w Kattegat albo miejsce pierwszego oddechu przy wejściu w cieśninę od północy. Gdy spojrzymy na zrzut z Navionicsa zobaczymy porównując ze skanem “Sundu”, że w samym porcie przybyło stanowisk postojowych, jak zazwyczaj w Danii, w dalbach. Nie ma natomiast zmian w podejściu oraz generalnym układzie portu.

Przy okazji warto zaobserwować prostą sztukę hudrotechniczną Duńczyków. Porty mają coś w rodzaju awantportów. Akurat w Gilleleje jest on dość obszerny. Często bywają jednak ciasne i po za torem płytkie. Jednak ważny jest zarys falochronów i ich ukształtowanie: awantporcik jest po prostu tłumikiem fal. Za wewnętrzne główki wchodzi już niewiele. Porównajmy to choćby z Ustką albo Helem.

Gilleleje to nieco ponad sześciotysięczne miasteczko rybackie, piąty co do wielkości duńskii port rybacki. Z jakiegoś powodu okrzyknięte dwa lata temu najbardziej kreatywnym miastem w Danii.
Miasteczko jest kameralne, zabudowane tradycyjnymi domami rybackimi, dziś częściej zapewne pełniącymi funkcję rekreacyjną.
W samym porcie symbioza rybaków, stoczni, żeglarzy i wczasowiczów. Można

No i wreszcie Rungsted. Jedna z wielu marin położonych pomiędzy Kopenhagą, a Helsingörem.
Jak zobaczycie na zrzucie z Navionicsa nie da się dostrzec różnic w stosunku do opisu w “Sundzie”.

W tym miejscu jednak powiem słowo o jeszcze jednym utrudnieniu w pływaniu po tych wodach. Otóż miejscami pojawia sie dryfujące na powierzchni zielsko. Z upodobaniem wiesza sie na sterze i śrubie, TEQUILĘ potrafilo spowolnić o 2 węzły. Na szczęście łatwo się go pozbyć choćby wykonując zacieśnioną cyrkulację. No i łatwo omijać, przynajmiej w dzień i przy spokojnej wodzie jest dobrze widoczne.

Marina jest ogromna. Na wewnętrznym pirsie ciąg zatłoczonych restauracji, każdy znajdzie coś dla siebie. Tylko te duńskie ceny! Niestety także wielki parking, na którym młodzi (i nie tylko) Duńczycy lubią sobie przegazować silniki.

Sama miejscowość estetyczna jak to w Danii ale mnie osobiście nie zachwyciła. Formalnie jest to dzielnica miasteczka Hørsholm. Dla koneserów muzeum Karen Blixen.

Kolejnym etapem rejsu była Kopenhaga, cel wreszcie osiągnięty! Powstrzymam się od opisów, powiem tylko, że na postój wybraliśmy Langelinie, tuż koło syrenki. Syrenka okazała się kobietą!

Jeszcze kilka portów i rozpocznie się ostatni etap, powrót na rodzinne pielesze.

Helsingör – Elsinore

Jak Don Jorge pisze w locyjce “Sund” Helsingör jest miejscem nie do pominięcia. Nawiasem skan książki jest do pobrania tutaj.  Namawiam, róbcie to w domu, duńska sieć bywa słaba.
Duńczycy mają nieme pierwsze H oraz G w środku wyrazu, stąd też wymawiają tę nazwę jako ELSYNOR. Czytelnikom Szekspira coś to powie!

Podejście do Helsingör jest kumulacją tego wszystkiego, co w Sundzie trudne, szczególnie od południa.​ Don Jorge pisze o dużym ruchu. Wypada tylko potwierdzić,​ w niedzielę w trakcie kilku godzin popołudnia przeszły w obie strony cztery duże wycieczkowce oraz kilkanaście statków handlowych. Do tego szwedzki Coast Guard i, ciekawostka,​ ORP Poznań idący​ w stronę Skagerraku.
Dodajmy niepoliczalną ilość jachtów i motorówek.

Prawdziwym problemem jest jednak żegluga poprzeczna Elsinor – Helsinborg.​ Promy kursują co chwilę i nie ustępują ani na centymetr,​ jakby nie posiadały sterów.​ Trzeba naprawdę uważać,​ nawet dysponując odbiornikiem AIS lub radarem. Po prostu nie mamy żadnych praw.

Dodatkowo płynąc z północy trafiliśmy na przeciwny prąd, który spowalniał nas o dobre 1.5 węzła. A kotłowanina niedużej przecież fali na wysokości miasta oraz wiry na powierzchni wody mogły zaimponować. Chyba nie przypadkiem lokalesi plywają pod samym brzegiem, dużo szybciej od nas. Tyle, że przy mieście to nie pomaga.
Tak było przy poludniowo-wschodnim wietrze, zapewne przy kierunkach północnych wszystko się odwraca.
Kolejną “atrakcją” są sieci. Sporo czerwonych choragiewek, nie budzących zaufania, co do tego, co właściwie oznakowują, jeden z końców, oba, czy nic.
Widzieliśmy zresztą linię pływaków pod wodą (bardzo przejrzystą) BEZ ŻADNEGO OZNAKOWANIA.
Dopiero potem przyszedł kuter i umieścił JEDNĄ choragiewkę. Czy na końcu tej linii pływaków?

Jachty stają w zasadzie w Nordhavn. Podejście się nie zmieniło,​ uważajcie na prąd i sieci. Po za tym jest wygodne i osłonięte przy większości wiatrów.
Układ portu sie nie zmienił, przybylo trochę stanowisk postojowych. Najważniejszą nowością jest przedłużony pomost wzdłuż północnego falochronu, dedykowany dużym jachtom. Niemieckie źródło podaje, że postój tam wymaga uzgodnienia z hafenmeistrem. Problem w tym,​ że komunikujemy się wyłącznie z parkometrem, uwaga: nie przyjmuje gotówki.

Ważną zaletą portu jest rozmieszczenie łazienek w conajmniej 4 miejscach, a parkometrów w trzech.

Syrenki naszych czasów 

O Elsinore Don Jorge napisał sporo. Dodam tylko, że faktycznie jest to miasto urokliwe. Na zamku​ spędziłem 3 godziny, a możnaby więcej.
Za kolejnym razem obejrzałem interesujące muzeum morskie urządzone na terenach postoczniowych. I pomyśleć, że u nas niektórzy narzekają na szczecińską Łasztownię albo gdańskie Młode Miasto. Może marzy im się powrót do rubla transferowego?

Dawny latarniowiec Gedser Rev II

Płyńcie do Elsinore,​ warto.