Bez obrazków

Trzeci dzień w porcie, drugi dzień pada, powoduje to szukanie zajęcia w przerwach pomiędzy degustacją… oferty knajpek i tawern. Między innymi można opisać dla SSI Kulińskiego (najpierw się tam ukazał) obserwacje nasuwające się w miarę trwania sezonu.

Jestem w rejsie dwa miesiące, poza portami Zatoki Gdańskiej i Lubczyną odwiedziłem wszystkie porty polskie i kilka niemieckich, napatrzyłem się trochę jak można żeglować. A formuły żeglowania są różnorodne.

Od czasu do czasu, raczej w portach otwartego morza spotykam jachty czarterowe lub rzadziej klubowe z dość licznymi załogami. To ewidentnie tak zwane rejsy stażowo-szkoleniowe, zapewne najłatwiejsza forma wyjścia na morze dla debiutantów i tych wszystkich, którzy jeszcze nie zauważyli, że marzą o zostaniu „prawdziwym armatorem”. Albo też nie wiedzą, że to możliwe. Te jachty w portach stoją krótko, często wychodzą w morze mimo nienajlepszej pogody i jeszcze gorszych prognoz. Presja „godzin” do zaliczenia i końca urlopów oraz oddania jachtu w terminie wymuszają taki styl żeglowania. Kiedyś to była i moja codzienność, głód każdej chwili na morzu przykrywał dyskomfort ciasnych wnętrz, braki w wyposażeniu i stanie technicznym jachtów. Dodatkowym bonusem było poznawanie nowych ludzi w zbieranych z całego kraju załogach, Dziś tłok i pośpiech zdecydowanie mi nie odpowiadają.

Jachty niemieckie, szwedzkie na ogół (i coraz częściej polskie) bywają obsadzone przez dwuosobowe załogi emerytów. Któż bowiem ma czas na nieśpieszne żeglowanie, jeśli nie emeryci, kto ma na to pieniądze (tu akurat niekoniecznie polscy emeryci)? Malutkie polskie jachty, większe szwedzkie i znacznie większe niemieckie wchodzą cicho do mariny, stają, czasem na kilka dni, wystawiają na keję składane rowery, żeglarze czasem wyprowadzają psa, zawsze usłyszymy przy spotkaniu „Morgen” albo „Halo” lub „Dzień dobry”, zawsze ktoś zerwie się na nogi, by pomóc w cumowaniu następnym wchodzącym. Na ogół na zewnętrznej burcie wykładane są odbijacze komunikujące zaproszenie do dobicia longside w razie braku miejsca. Wieczorem zapełniają nadbrzeżne restauracje lub rozpalają grille. To praktyczna realizacja dwóch zasad:

Na swoim i za swoje.

Każdy jacht jest na dwie osoby.

W tym roku, przebywając długo na Zalewie Szczecińskim miałem okazję się przyjrzeć innej grupie, zaprzeczającej tej drugiej zasadzie. Rodziny z dziećmi. Ci żeglują tłoczniej i nieco szybciej, niż emeryci, nie spędzają czasu na rowerach ani w restauracjach. Czasem to dziadek z wnukami, czasem ojciec z kilkuletnią córeczką i psem, najczęściej rodzice z pociechami. Przebojem była rodzina z trojką podrośniętych dzieci i psem na mieczowej „Foce II”, która kończyła właśnie włóczęgę po wodach polskich i niemieckich. Nie była to pierwsza ich taka wyprawa, pamiętam opis pobytu na Zatoce Gdańskiej sprzed roku, czy dwóch.

Co do zasady nie przepadam za uogólnieniami ale mam wrażenie, że te żeglujące dzieci odbiegają trochę od swych rówieśników. Są otwarte i obyte w rozmowie, cichsze i „grzeczniejsze”, niż na co dzień spotykane „przed klatką”. Przyjemnie jest obserwować kilkulatka w kamizelce, który podaje cumę dziobową na keję, podczas gdy tatuś manewruje silnikiem. Bywają też takie dzieciaki, które dają się wieźć rodzicom, nie angażując się w prowadzenie jachtu, cały dzień tkwiąc nosem w smartfonie, lecz i one sprawiają wrażenie mniej wyalienowanych, niż przysłowiowy polski gimnazjalista. Raz jeszcze powtórzę: wszelkie uogólnienia są po prostu bez sensu, opisuję wrażenia, subiektywne i nie wsparte żadną naukową wiedzą.

A czasem takie początki żeglowania owocują potem rejsami takimi, jak Jarka Czyszka z synem na Szpicbergen (czy nabyliście już piękną książkę o tym rejsie? Pisałem o niej  tutaj – jeśli nie, to namawiam). Wspólne żeglowanie z dorosłym synem to całkiem osobne przeżycie, zapewniam, że bardzo pozytywne.

Dla porządku wspomnę o regatowcach – to grupa pochodząca ze wszystkich wyżej wymienionych. Wszystko kwestia oceny własnych możliwości i stopnia zaangażowania w to, co robią. Wspólną ich cechą wydaje się być dążenie do perfekcji w żeglowaniu. Pasja bycia szybszym. Mnie to nigdy nie fascynowało, lecz wydaje mi się, że ich rozumiem.

Tym, co odróżnia ogromną większość współczesnych regatowców od tych z lat minionych, to fakt, że oni też na swoim i za swoje. Tego „swojego” muszą inwestować znacznie więcej, niż żeglarze rekreacyjni, osprzęt i żagle są droższe i zużywają się szybciej, łatwiej też o awarie. A do tego startują wyrywając z trudem nieliczne dni urlopowe, lub kosztem własnych biznesów. Chapeau bas!

Mnie jednak cieszy nieśpieszne żeglowanie po dżentelmeńsku: od śniadania do podwieczorku, z wiatrem i tylko na foku (te rolery!), spotykając podobnych sobie, poznając realnie znanych wirtualnie, albo też poznając zupełnie nowych przyjaciół na szlaku. Tak naprawdę to nie morze, żegluga, fala, a spotykani ludzie są największą atrakcją. Czy do tego dochodzi się po kilku dziesięcioleciach na morzu? I wcale nie przekreśla to sensu pływania w pojedynkę, mimo iż każdy jacht jest na dwie osoby!

Niech każdy sobie żegluje jak lubi. WOLNOŚĆ!

 

31 sierpnia 2018 – w Dniu Wolności i Solidarności

PS. A czemu „bez obrazków”? Proste: publikacja zdjęć załóg i jachtów mogłaby spowodować zbędne napięcia – ochrona wizerunku, danych osobowych i tym podobne.

Dziś wspominam popołudnie sprzed 38 lat. Moment podpisania Porozumienia oglądałem w TV w trakcie specjalnie zarządzonej przerwy w naszych własnych negocjacjach. Swoje porozumienie podpisywaliśmy może godzinę, półtorej później. Do domu wracałem przede wszystkim zmęczony, komitet  strajkowy włączył mnie do negocjacji niespodziewanie dzień wcześniej (“O, okularnik, chodź… będziesz przepisywał postulaty” – i tak zostałem działaczem związkowym).

Świadomość, że Polska to już naprawdę inny kraj, przyszła w poniedziałek. Nawet stan wojenny tego nie zmienił.

A czwartego czerwca 1989 się stało!

Mogą sobie różni [—] (autocenzura obyczajowa) gadać co chcą, to był przełom, żadne fałszowanie historii, żadne tablice, pomniki i tworzenie legend tego nie zmienią.

Fot. ze strony Ośrodka Karta

Dziś radość wspomnienia przyćmiewa obawa, że właśnie dobiegł końca najlepszy okres Polski w ostatnich pięciu wiekach…

A może… Może jak dzisiejsza pogoda kołobrzeska – po szkwałach, chmurach i ulewie przyjdzie słońce…

“Czekam na wiatr, co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy naraz
Ze słońcem twarzą w twarz”

 

Żegnamy Henryka Kujawę

Kilka chwil temu dotarła do mnie wiadomość bardzo smutna: 11 sierpnia zmarł  Henryk Kujawa.  Urodził się 10 października 1923 roku w Inowrocławiu. Żeglował najpierw jeszcze przed wojną w harcerskiej drużynie wodnej im. Wilków Morskich w Kiekrzu pod Poznaniem.  Wtedy też próbował swoich sił jako szkutnik.
Zaraz po II wojnie światowe znalazł się w Gdańsku, gdzie ukończył Technikum Budowy Okrętów „Conradinum” – szkołę w dobrym tego słowa znaczeniu ELITARNĄ a następnie  studia na WydzualecBudowy Okrętów  Politechniki Gdańskiej. W 1948 roku rozpoczął pracę w Centralnym Biurze Konstrukcji Okrętowych, potem w Biurze Projektowym Stoczni Gdańskiej. Pod koniec lat 50. zorganizował zespół, który skonstruował i zbudował pełnomorskie stalowe jachty typu  “144” dla Jachtklubu Stoczni Gdańskiej i nie tylko. “Otago”, “Śmiały”, “Jurand”, “Dar Opola”, “Jan z Kolna”, “Joseph Conrad” to historia polskiego  żeglarstwa, a dla pokoleń kapitanów narzędzia tortur na “manewrówkach”.
Złośliwi omawiali podobieństwo tych jachtów do niemieckiego “Peter von Danzig”. A po prostu  to były dobre, na tamten czas bardzo dobre, jachty.
Jeszcze bardziej popularne są kultowe dziś Jotki – J80, długa seria  stalowych jachtów  wyprawowych.  Dzielnych, wytrzymałych, prostych w budowie. Do dziś pływają trzy z pierwszej czwórki: “Freya”, “Mestwin” i “Alf”.
Kujawa uczestniczył również w projektowaniu jachtów „Kismet” i „Gedania”. Mało znany jest jego udział w powstaniu  flotylli „Czerwonych Żagli” przebudowanych na jachty dla Związku Harcerstwa Polskiego sześciu szalup z przedwojennego liniowca “Batory”.
Po za pracą zawodową czynnie żeglował. Kapitanem jachtowym był od początku lat 50. Był wieloletnim członkiem zarządu Jachtklubu Stoczni Gdańskiej, mierniczym i inspektorem Komisji Nadzoru Technicznego Polskiego Związku Żeglarskiego.
Był dobrym i pomocnym człowiekiem, skromnym i nie pchającym się do pierwszych  szeregów, a przy tym angażującym się głęboko i bezinteresownie. Pamiętam pomoc, jakiej wielokrotnie udzielał Teresie Remiszewskiej przy organizacji wypraw, odbytej i nigdy nie zaczętej.
Znów zostało puste miejsce…
Nie zapomnijmy o Henryku Kujawie!