OSTATNI REJS ODC. 1

 

Parę godzin pozostało –

Rankiem port pożegna mnie.

Piję więc za mój pierwszy w życiu rejs.

Keja pełna będzie płaczu,

Pięknych panien, wiernych żon.

Piję więc za mój pierwszy w życiu rejs.

Myśli już powrotu czekać chcą,

Z morskich przygód, morskich wód,

A tu czas cholera płynąć na miesięcy długie dni.

Ref.: Na nieznane wody gdzieś,

Gdzie wieje wiatr, żaglowców brat,

Gdzie legendy wilków morskich prowadzą nas.

Gdzie dni długie jak miesiące,

Szklanę rumu Jacku daj,

Piję dziś za mój ostatni w życiu rejs

Tą lekką trawestacją piosenki EKT Gdynia (autor J. Gawryś) zaczynam relację z sezonu 2022 na TEQUILI. Sezon to będzie wyjątkowy dla mnie, bo co do zasady ostatni w takim kształcie. Być może w następnych latach uda mi się wyskakiwać na krótkie wypady na Zatokę, mam jednak przekonanie graniczące z pewnością, że ani fizyczność ani rozsądek nie pozwolą mi na wielodniową, czy wielotygodniową włóczęgę. Tak to jest i nie gęgamy o tym co będzie i być może, koncentrować się należy na dziś i jutro – moje plany życiowe sięgają października, potem będę planował dalej.

Każdy rejs to pomysł, planowanie, przygotowania, sam rejs i potem jego podsumowanie.

Pomysł jest prosty: pobyć i pomieszkać na jachcie kilka tygodni, może trzy miesiące. Powtórzyć scenariusz z poprzednich lat – załogi zmieniające się co kilka, kilkanaście dni, spośród przyjaciół, kolegów i z naboru internetowego (patrz zakładka ZAPRASZAM NA TEQUILĘ). Podobnie jak rok temu z powodu niepewności co do własnej wydolności, ze względu na bezpieczeństwo nie zakładam pływania pełnomorskiego, tylko przybrzeżne i po wodach osłoniętych oraz (być może za wyjątkiem jednego lub dwóch dni) pływania w pojedynkę.

Planowanie trwa. Powstaje harmonogram wymian załogi, daty i orientacyjne miejsca (z uwzględnieniem jak najłatwiejszego dojazdu), weryfikuję też kurs euro oraz ceny w marinach i ceny żywności, bo już widać, że kalkulacje robione w grudniu można wyrzucić do kosza. Plan jest jak zawsze „dynamiczny”, a w tym roku znów trudny do dopięcia.

O przygotowaniach trzeba będzie popisać dużo więcej. Przede wszystkim nietypowo obejmą one nie tylko łódkę. Przygotować muszę się także ja. W odróżnieniu od rejsów wyczynowych, regat albo wielkich wypraw, rekreacyjna turystyka niedaleko od domu przygotowań od załogi na ogół nie wymaga. Moja sytuacja jest jednak nieco inna. Tę różnicę czynią trzy literki SLA. Już jesienią w felietoniku nr 81 z cyklu „Zimową porą” o tym wspomniałem. Teraz sytuacja wymaga pełniejszych wyjaśnień.

Wtedy o tym nie wiedziałem ale zaczęło się kilka lat temu. Na początku stwierdziłem, że męczy mnie utrzymywani głowy prosto. Stopniowo coraz częściej bolały mnie mięśnie karku i pleców, coraz bardziej potrzebowałem siedząc, móc się odchylić do tyłu, żeby głowa nie opadała do przodu i żeby nie obciążać nadmiernie mięśni. Widać to na dwóch pierwszych zdjęciach montażu zamieszczonego poniżej.

Uznawałem, że to skutek ćwierć wieku pracy przy komputerze oraz nałogu smartfonowego połączonych z lenistwem, czyli brakiem ćwiczeń. Próbowałem nawet trochę się gimnastykować, brak skuteczności ćwiczeń przypisywałem małej systematyczności i intensywności ich wykonywania. Nie mogłem siedzieć na krześle bez odchylenia głowy do tyłu Rok temu trudna stała się jazda samochodem! Zaczynałem patrzeć w pedały, a nie przez przednią szybę. Szukanie właściwej pozycji stało się trudniejsze, a któregoś dnia wracając z łódki zacząłem „odjeżdżać”, musiałem zatrzymać się na poboczu. Zrozumiałem, że zwyczajnie mam przytamowany oddech i się duszę. To był sygnał alarmowy. Choć nie lubię „wszelkiej medycyny” (50 lat nie byłem jako pacjent u lekarza), musiałem skorzystać z porady. Zaczął się cykl fajnych lekarzy, których miałem szczęście spotkać.

Na początku, zgodnie z ideą, że to mięśnie i brak ćwiczeń trafiłem do Pani Doktór Rehabilitacji. Dostałem kilka dni zabiegów, masaże, trochę zaleceń ćwiczeń. Ale też zalecenie wykonania badań, które wykonałem. Jedno wykazało początki osteoporozy kręgosłupa szyjnego. Gorzej, tomografia tegoż kręgosłupa kazała Pani Doktor zaproponować mi wizytę u neurochirurga, aby się przyjrzał, czy kręgosłup nie wymaga jego interwencji ze względu na ryzyko dalszego zwężenia kanału kręgosłupa i nacisku na nerwy przy tak silnym zgięciu.. Zapytałem czy mogę to odłożyć do jesieni. – Tak, to nie jest bardzo pilne. – Chcę żeglować! – To możliwe do zrobienia. No to decyzja zapadła.

Przystąpiłem jednak do intensywnej obserwacji własnej osoby i lektury Internetu. Stopniowo ujawniałem sobie coraz więcej, lekceważonych wcześniej objawów, i po jakimś czasie wszystko zaczęło się układać: SLA. I wtedy się odprężyłem: jest to choroba długotrwała, powolna i nieodwracalna, nie śpieszy mi się do oficjalnej diagnozy, mogę z czystym sumieniem żeglować jeszcze ten sezon. Zaopatrzyłem się w kołnierz ortopedyczny (najpierw półsztywny, potem miękki, bo wygodniejszy), żeby chronić szyję od przeciążeń, z tego samego powodu postanowiłem unikać większej fali, a więc ograniczyć trasę do przybrzeżnej, z krótkimi przeskokami, a wreszcie podjąłem ćwiczenia w poruszaniu się po niewygodnym pokładzie.

Problem był w tym, że nie mogąc podnieść głowy, zacząłem mieć ograniczone pole widzenia, musiałem wymusić na sobie powolniejsze, rozsądniejsze przemieszczanie się oraz nauczyć się „chwytów” na pamięć. Doszedłem do takiej wprawy, że byłem w stanie nawet dwa lub trzy jednodniowe odcinki żeglować samotnie i nadążać ze wszystkimi manewrami sam. Z każdym dniem pobytu na jachcie czułem się lepiej: zdrowszy i silniejszy, choć obiektywnie nie byłem sprawniejszy. Po prostu ŻYŁEM. Pod koniec rejsu umówiłem się telefonicznie do Pani Doktor Neurolog (wiem: teraz mówi się doktorki neurolożki ale moja wersja jest po prostu ładniejsza, choć niesłuszna. A Pani jest urodziwa i musi mieć ładny tytuł). Wizyta, już po tygodniu na pięć dni do szpitala i na okrągło po kilka badań codziennie. Uff… miałem dość. No ale w piątek kolejna Wspaniała Pani Doktor wypuszczała mnie ze szpitala z diagnozą: SLA! Za ścianą już czekał psycholog ale ja przyjąłem diagnozę autentycznie z uśmiechem. Spodziewałem się tego, to już był znajomy wróg, poza tym dowiedziałem się, że mam jeszcze trochę, a może sporo czasu przed sobą. A po siedemdziesiątce i tak trzeba każdy dzień przeżyty traktować jak prezent, szczególnie w covidowych czasach i przy naszej służbie zdrowia (mówię nie o ofiarnych ludziach, a o państwowej organizacji i finansach).

Cóż to jest SLA? Stwardnienie zanikowe boczne – wyłączanie się funkcji neuronów ruchu, co objawia się zaprzestaniem funkcjonowania kolejnych mięśni. Na ogół najpierw traci się władzę w nogach, potem w rękach, potem zdolność oddychania, połykania, mówienia. U mnie jest rzadko spotykana formuła: mogę chodzić ale mam kłopoty z mięśniami osiowymi, czyli tym trzymaniem głowy. Cieszy mnie, że mam szansę relatywnie długo zachować jakąś sprawność kończyn, martwi co będzie z oddychaniem. Ale póki co oddycham, więc nie ma co rozważać. Jeden problem oddechowy, nie związany bezpośrednio z mięśniami, właśnie rozwiązuję, o czym dalej.

Przystąpiłem więc do przygotowań. Głównym problemem jest, jak na razie, opadająca bezwładnie głowa. Pociąga  to za sobą zatykanie tchawicy i problemy z oddychaniem. Na początku próbowałem miękki kołnierz ortopedyczny – nie spełniał swojej roli dostatecznie. Potem kołnierz sztywny – podobnie, a do tego gniótł okropnie w żuchwę. Po nawet najmniejszym odchyleniu od pionu, cały ciężar głowy (nawet nie wyobrażacie sobie, ile waży wasza głowa!) opiera się na dolnej szczęce, a poprzez nią na zębach i dziąsłach.

Jest to bolesne i uniemożliwia normalne wypowiadanie się. No bo jak mówić przez zaciśnięte zęby?! Wtedy trafiłem na kolejną fajną Osobę. Podczas rozmowy w sklepie ze sprzętem rehabilitacyjnym Pani pokazała mi kołnierz, do którego od tyłu można było dołączyć wspornik z paskiem utrzymującym głowę w pionie. Nadal nie było dobrze, kołnierz mimo wszystko uwierał, poza tym, podobnie jak miękki, uciskał tchawicę, czyli dusił. Kolejno zdobyłem kołnierz z regulowaną wysokością częścią pod brodą, a to tego nie uciskający tchawicy. Tu włączył się kolega Grzegorz, który na drukarce 3D zrobił mi wspornik z opaską mocowany do tego kołnierza. Myślałem, że osiągnąłem ideał, jednak noszenie mnie bardzo męczyło. Na drugim kolażu widać kolejne wersje kołnierza. Niestety! Nadal całość była niewygodna…

I wtedy zaczął się rodzić pomysł.

Pierwsza rzecz: przenieść oparcie głowy z szyi na plecy. A więc „plecak” niosący wspornik zaopatrzony w opaskę na czoło utrzymującą głowę w pionie. Na początek użyłem małego plecaczka, do którego wetknąłem kawał listewki ze wstążką spełniającą rolę opaski. Rzecz wyglądała obiecująco. Zacząłem szukać w sprzedaży samych „pleców” od plecaka z uprzężą. Nie było nic obiecującego. Zapytałem krawcową, czy może coś uszyć. A ona podsunęła pomysł: „Pajączek”. Tak znalazłem na portalu aukcyjnym tani prostotrzymacz pleców, coś w rodzaju kamizelki.

Znów użyłem listewki, potem czegoś sztywniejszego, co okazało się bardziej obiecujące. Wtedy zaczęła się burza mózgów. To pokazała się inwencja i talent inżynierski Grzegorza. Urządzenie miałoby się składać z plecako-kamizelki. „masztu” wzdłuż kręgosłupa, aż do potylicy, uchwytu na jego szczycie i opaski na głowę. Opaską prowizorycznie może być zwykła wstążka. Uchwyt Grzegorz podjął się wydrukować 3D. Pewne wątpliwości były co do jakości kamizelki, prostotrzymacz wydawał się za wiotki i zbyt oszczędny w wymiarach.

Głównym problemem był maszt. Odpowiednio wytrzymały, sprężysty ale nie odkształcający się, obrabialny, nie za toporny, żeby nie gniótł w plecy w samochodzie. Szukaliśmy różnych pomysłów, drukarka 3D nie wchodziła w grę, jako zbyt mała. Listwy drewniane, rurki aluminiowe, różne kształtowniki z tworzyw sztucznych. nawet coś wyciętego z panelu podłogowego. W trakcie dyskusji doszliśmy do wniosku, że „maszt” musi mieć profil dopasowany do kształtu moich pleców. I wtedy umówiłem się z Olkiem – szkutnikiem. – Tak, mógłby wylaminować dla mnie „maszt”. – „Ale… może bym skleił go z obłogów sosnowych?!” zaproponował. Okazało się to genialnym rozwiązaniem, przede wszystkim dzięki temu można maszt dopieszczać, także wykonanie kolejnych wersji nie wymaga robienia nowego kopyta. Grzegorz zdjął ze mnie profil, Olek zaczął kleić, a Grzegorz uruchomił drukarkę. Oto efekt.

W międzyczasie Pani Mirka szyjąca żagle uszyła nową kamizelkę według wskazań Olka.

Teraz zaczął się mozolny proces doskonalenia. Najpierw na plecy kamizelki trafił „materacyk” zapobiegający uwieraniu kręgosłupa przez „maszt”. Analogicznie opaska na czoło, ciągle jeszcze prowizoryczna otrzymała miękką podkładkę na czoło. Potem zmieniliśmy drukowany element łączący opaskę z „masztem” na mniejszy i przesuwny, do tego tworzywo jest oparte na włóknie węglowym – liczę, że wytrzyma długo. Kolejno  zaczęły się korekty „masztu”. Zeszlifowanie części grubości w środkowej części dla zwiększenia elastyczności. Zmiana długości w dolnej części, żeby nie wystawał ponad głowę.

Wreszcie skorygowaliśmy profil gięcia, Olek wykleił nowy „maszt”. Oba maszty otrzymały proste mocowanie do kamizelki, żeby się nie wysuwały z kieszonki, w której się opierają dolną częścią.

Okazało się, że jest prawie dobrze. Ale to prawie czyni różnicę.

Nadal pozostał jeden problem. Po założeniu Egzomięśniowego Głowo-Trzymacza (EGT) głowa jest niemal uniesiona pionowo. Mam swobodę jej obracania, patrzenia w prawo i w lewo, nacisk opaski na czoło jest minimalny. Mogę wygodnie siedzieć w samochodzie, na krześle, chodzić. Mogę się schylać, mogę leżeć (byle nie płasko na plecach). Najważniejsze: nie duszę się, oddycham swobodnie! Mam poza tym możliwość noszenia na łódce czapki, co więcej zabezpieczonej przed porwaniem przez wiatr. Może to będzie pierwszy sezon, podczas którego nie stracę żadnej czapeczki.

Niestety jednak, w miarę upływu czasu głowa jest coraz niżej, a więc pole widzenia ograniczone, a ucisk na czoło staje się uciążliwy. Próbujemy dojść przyczyny. Najbardziej nasuwa się na myśl nie dość silne ściśniecie paskiem mocującym dookoła brzucha (ale za ciasno być nie może!) oraz podciąganie się kamizelki w górę, co powoduje luzowanie napięcia. Na początek postanowiliśmy wzbogacić kamizelkę o drugi pasek – biodrowy. W  tym celu do kamizelki zostały doszyte cztery podwójne pętelki – „szlufki”, przez które może przechodzić pasek. Można go ścisnąć dość mocno , a poza tym przepuścić przez szlufki spodni, co da mocniejsze trzymanie całej kamizelki.

\Nadal jest niezadawalająco, choć już znacznie lepiej. Teraz zapewne zmienimy nieco profil masztu i być może punkt jego mocowania na dole oraz mocowanie kamizelki do ciała. Dodatkowo doszedłem do wniosku, że opaska na czoło zbyt mocno ściska skronie, tamując przepływ krwi w naczyniach położonych tuż pod skórą. Zacząłem próbować rozwiązania z czapeczką zamiast opaski. Jest obiecująco. Jeżeli zmiany w kamizelce i nowy profil „masztu” okażą się skuteczne, to głowę będę nosił jeszcze nieco wyżej. Wtedy naciski na czoło i skronie będą pomijalnie małe.

Zobaczymy. Na razie jednak kilka dni pochodzę w obecnym EGT v. 2.2, o tym, czy zaszły zmiany i jakie oraz jak skuteczne opowiem w jednym z kolejnych odcinków.

Tak, czy owak oceniam, że realna jest już możliwość mojego funkcjonowania na jachcie całkiem wygodnie i bezpiecznie.

Teraz czas opowiedzieć o przygotowaniach jachtu. Muszę zastosować kilka drobnych gadżetów, aby ułatwić sobie pracę i ograniczyć konieczność szybkiego poruszania się po pokładzie. Potrzebne jest także trochę napraw, jak to zwykle przed sezonem bywa. O tym będzie odcinek 2.

7 kwietnia 2022