O MNIE I O “TEQUILI”

Urodziłem się w drugiej połowie XX wieku. Od kiedy pamiętam żeglarstwo było w domu obecne, za sprawą mojej Matki Teresy i jej siostry Krystyny, która jeszcze przed II wojną światową zaraziła się jego bakcylem. Mieszkałem w Nowej Hucie i w Gdyni na przemian, w tym pierwszym miejscu zaczynałem własną przygodę z żeglarstwem na Wiśle, czego zresztą nie pamiętam. W 1959 roku po raz pierwszy byłem na Zatoce, na jachcie „Grumphy” z gdyńskiego YKP, rok później na „Pietrku”, a w 1961 roku w pierwszym kilkudniowym rejsie zatokowym na „Czerwonych Żaglach”. Właśnie ten rejs, podczas którego czytałem „Samotnego żeglarza” J. Slocuma, zadecydował o tym, że zacząłem żeglować sam dla siebie i z przekonania.
Potem już była szkoła średnia i studia w Trójmieście, kolejne kursy i egzaminy, w Pucku i w Trzebieży, pierwszy pełnomorski rejs na harcerskim „Alfie”. Osiągnąłem stopień jachtowego kapitana żeglugi wielkiej i instruktora żeglarstwa. Ten pierwszy patent zachowuję do dziś, nie wymieniając na „plastik” – co prawda przy moim obecnym sposobie żeglowania jest on zupełnie niepotrzebny ale BACZNOŚĆ! tytuł „kapitana żeglugi wielkiej” SPOCZNIJ! robi wrażenie na urzędnikach. Ten drugi unieważniła mi jedna z kolejnych zmian przepisów, nad czym nie boleję, bo od 30 lat nie chce mi się być instruktorem,
W pewnym momencie było nas w rodzinie czwórka kapitanów żeglugi wielkiej, bo jeszcze przede mną doszła do tego stopnia moja młodsza siostra Danuta. Dziś, gdy stałem się seniorem rodu pałeczkę przejmuje kolejne pokolenie. Siostrzenica Kasia jest już kapitanem, jej brat Tomasz oraz mój młodszy syn Jurek są sternikami morskimi. Żeglują także moja żona, starszy syn oraz partnerzy całej czwórki dzieci. Żeglował nawet nasz pies…
Z wykształcenia jestem inżynierem okrętowcem, pracowałem w stoczni remontując statki i projektując holowniki, potem w Polskim Rejestrze Statków w, kolejno, działach kadłubowym i jachtów. Byłem też inspektorem technicznym PZŻ. Ponieważ od pamiętnego Sierpnia 1980 zostałem związkowcem, to rok 1981 zaznaczył się wyrzuceniem ze stoczni, a rok 1990  całkowitą zmianą zawodu. Stałem się politykiem samorządowym, byłem radnym i wiceprezydentem mojego miasta, potem przewodniczącym wielkiego związku międzygminnego. Zawsze bezpartyjnym! Decyzję ułatwiła mi inna tradycja rodzinna: mój pradziadek Andrzej Chramiec na przełomie XIX i XX wieku był samorządowcem i wójtem w Zakopanem. Tak go zapamiętano, że już w tym stuleciu miałem przyjemność odsłaniać jego pomnik przez zakopiańskim Urzędem Miejskim. To oznaczało całkowite zapomnienie o okrętownictwie. Zajmowałem się administracją, ochroną środowiska, gospodarką komunalną, szczególnie gospodarką odpadami. W tej roli byłem współtwórcą międzygminnej spółki, w której dziś, po latach, pracuję, tym razem jako specjalista od systemów zarządzania środowiskowego.
Żegluję na 8-metrowym jachcie, którego armatorami jesteśmy wspólnie z młodszym synem.

Na życzenie jednej z pierwszych czytelniczek jestem jeszcze winien wyjaśnienie pochodzenia mojego nicka: W roku 1982 pracowałem w Polskim Rejestrze Statków. Z powodu stanu wojennego (chyba “zawieszonego”) w tamtym roku nie było żeglarstwa morskiego. Siłą faktu spowodowało to mój wyjazd jako instruktor na studencki obóz na Mazurach. Kadra była potężna: kapitanowie, jachtowi sternicy morscy… Gdy wróciłem, wpadając z pociągu prosto w opary gazu łzawiącego 31 sierpnia, koledzy w biurze zaczęli mnie żartobliwie przezywać “kapitanem”, po kilku  dniach zaczęło mnie to denerwować. Ogłosiłem więc, że awansowałem. Od tej pory miałem ksywkę Major. Minęły lata 80, koleje losu spowodowały poważną rewolucję w moim życiu, ksywka poszła w zapomnienie. Potem stał się Internet. Potrzebny był nick w grupie pl.rec.zeglarstwo. Problem w tym, że ksywkę “Major” nosił powszechnie znany lider “Pomarańczowej Alternatywy” Waldemar Fydrych z Wrocławia. Nie wypadało… Postanowiłem więc ponownie awansować. Zostałem Pułkownikiem Żeglugi Mazurskiej, ze względu na zwięzłość COLONELEM. I tyle.

Książki “rodzinne”

Kilka osób spośród mojej rodziny napisało wspomnienia, o dalszych napisał ktoś inny, jest też jedno tłumaczenie cudzej pracy historycznej. Zgromadziłem te książki w jednym miejscu. 

Oto one

 

“TEQUILA” zasługuje na własną stronę – kliknij tu