Kapitan Krystyna Trych nie żyje

Odeszła od nas niespodziewanie…

Sama o sobie na stronie: http://klubkapitanow.pl/ 

Krystyna Grażyna Trych – kapitan jachtowy – pat. Nr 251, ur. 09 marzec 1946 w Trani – Włochy. 

  • 1965 – żeglarz jachtowy ( Kielce ) 
  • 1971 – sternik jachtowy ( Olsztyn) 
  • 1973 – sternik lodowy ( Olsztyn ) 
  • 1973 – jachtowy sternik morski ( Gdynia ) 
  • 1977 – instruktor żeglarstwa pat. Nr 1338 
  • 1979 – instruktor żeglarstwa lodowego pat. Nr 75 
  • 1980 – jachtowy kapitan żeglugi bałtyckiej pat. Nr 773 
  • Od 1998 – kapitan jachtowy 

Przez wiele lat byłam czynnym instruktorem żeglarstwa na Ziemi Olsztyńskie,j a potem Szczecińskiej. 

Pływałam na jachtach: Dar Opola, Janek Krasicki, Dar Olsztyna, Generał Zaruski, Zew Morza, Gedania, Smuga Cienia, Wielkopolska, Centruś, Almares, Wiatr, Mazurek, Alfa, Alabaster, Charli, Azuryt, Chrobry, Delfin, Czartoryski, Asterias, Zagłoba, Henryk Rutkowski, Zawisza Czarny. 

Od 1984 roku jestem członkiem klubu żeglarskiego TKKF “OLIMPIA” w Policach. Jestem współzałożycielem UKŻ “BRAS” w Policach. 

O Niej ze strony: https://plus.echodnia.eu/swietokrzyskie 

Kielczanka Krystyna Grażyna Trych zadziwia kobiety i mężczyzn swoimi zdolnościami i życiowym optymizmem. Była kapitanem żeglugi bałtyckiej, instruktorem żeglarstwa lodowego, namalowała kilkadziesiąt urokliwych obrazów, kręciła przyrodnicze filmy, wyrzeźbiła mnóstwo ciekawych prac i napisała wiele interesujących, wzruszających wierszy. 0 przyrodzie, życiu i morzu. 

Jej życiorys nadawałby się na kilka bestsellerów, ale ona sama mimo, że miała bardzo ciekawe dzieciństwo, pełną wrażeń młodość, niesamowite dorosłe życie to nadal pozostała niezwykle skromną, życzliwą, pomocną innym kobietą. Przyznaje żartobliwie, że nie poślubiła żadnego mężczyzny, bo poślubiła morza i jeziora, nie urodziła dziecka, ale wychowała wiele dzieci i pomogła im znaleźć właściwą w życiu drogę. Nie tylko szkoliła dzieci i młodzież na przyszłych żeglarzy, ale też urządzała dla nich konkursy, grille, warsztaty, wpajała zasady i wartości. Bo na jachcie można się nauczyć tego jak się zachować za sterami, poznać tajniki nawigacji, opanować sztukę współpracy i komunikacji. 

Skończyła kieleckiego plastyka 

Z Krystyną rozmawiamy na kieleckim osiedlu Pakosz w domu jej siostry Barbary Nowickiej. – Myślałam, że zostanę artystą rzeźbiarzem, skończyłam Liceum Plastyczne w Kielcach, w czasach kiedy dyrektorem był Henryk Czarnecki, byłam w klasie rzeźby i bardzo dobrze mi szło – opowiada. – Ale potem, kiedy zdałam egzaminy do kilku Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu, to nie zostałam przyjęta ze względu na pochodzenie i musiałam zweryfikować swoje plany. Wiele lat wlokło się za mną to, że mój tata Zbigniew walczył na włoskiej ziemi w wojskach generała Władysława Andersa. Z mamą poznali się w obozie jenieckim, sporo przeżyli. Jak wielu jego kolegów w tamtych czasach – mnóstwo zamieszkało po wojnie w Anglii – zamierzał emigrować z rodziną, czyli mną i dwiema siostrami do Australii, ale moja mama nie zgodziła się na to. Kochała Polskę, brakowało jej najbliższych i zdecydowali się powrócić do kraju. Chociaż jako rodzina nie mieliśmy łatwego życia, ojciec jeszcze we Włoszech budował Autostradę Słońca, w Polsce pracował przy budowach dróg i mostów, był przenoszony z miasta do miasta, a potem w pożarze straciliśmy wszystko i w Kielcach trzeba było zaczynać życie od nowa, to mieliśmy mnóstwo pasji i zainteresowań. 

Tęsknota za wodą 

Krystyna Trych wspomina, że przez kilka pierwszych lat po ukończeniu plastyka pracowała przy konserwacji zabytków, ale cały czas odzywała się w niej miłość do wody. Wtedy też zajmowała się jednocześnie modelarstwem. – Może na moich upodobaniach zaważyło to, że będąc niemowlakiem mieszkaliśmy we włoskiej miejscowości Trani nad Adriatykiem- śmieje się. – Fale tak mnie zauroczyły, że już nie mogłam bez nich żyć. W Kielcach zdobyłam tytuł sternika jachtowego, a potem coraz częściej zaczęłam wyjeżdżać nad jeziora, bo tęskniłam za większą wodą. Zamieszkałam w Olsztynie, gdzie jeszcze przez pewien czas byłam dekoratorką, ale coraz częściej spędzałam czas na jeziorach. Już w dzieciństwie ze wszystkiego co napotkałam potrafiłam skonstruować coś na czym można było popływać. Będąc na obozie harcerskim w Lubiewie przydzielono mi zmywanie wielkich garów, a ja przy pomocy kija zrobiłam z jednego z nich jacht i wypłynęłam na wodę. Przestraszyłam wszystkich, za karę chciano mnie usunąć z obozu, ale jakoś udało mi się przebłagać kierownictwo i wychowawców i zostałam do końca. Kiedy odwiedzałam ciocię na Żuławach to z prześcieradła i dwóch kijów od szczotki zrobiłam jacht i na nim popłynęłam. Nie było siły, żeby mnie utrzymać na lądzie. Potem, gdy pływałam już po morzu, to przeżycia były intensywniejsze, a zwłaszcza wtedy, gdy napotykaliśmy na sztorm, ale zawsze udawało mi się zwycięsko wychodzić z trudnych sytuacji. – W takich momentach potrzebne jest logiczne myślenie, poskromienie paniki i spokój – wymienia. – Trzeba zmniejszyć powierzchnię żagli, ubrać załogę i zachować zimną krew. Sztorm minie.

Pływała na wielu jachtach 

Naszej rozmowie przysłuchuje się wielka fanka Krysi, jej siostra Barbara Nowicka, która z kolei słynie z lepienia fantastycznych pierogów i jej dwa pupile Luna i Tusia, a ona sama wylicza, że w swoim życiu pływała na jachtach Dar Opola, Janek Krasicki, Dar Olsztyna, Cenerał Zaruski, Zew Morza i Gedani. Zwiedziła wiele krajów, poznała dziesiątki fantastycznych ludzi, odbyła mnóstwo ciekawych rozmów. – Często bywało tak, że na jednej imprezie spotykaliśmy się z Francuzami, Japończykami, Niemcami i chociaż z językami obcymi nie było u nas wtedy najlepiej, to jakoś przy dobrej naleweczce udawało nam się porozumieć i podyskutować o wszystkim, o historii, muzyce, polityce. Kobieta tłumaczy, że żeglarze to specyficzna grupa ludzi. – Nie dbają o wzbogacenie się, byleby tylko starczyło na wędkę i robaki, bo ona łowić też lubi, są sentymentalni i otwarci – uważa. – Pokorni wobec siebie i innych. Chociaż Krystyna na początku pływała tylko między portami, z powodów politycznych nie można było uzyskać paszportu, to po olimpiadzie i konkursach Żeglarskich w Tallinie, porty w Finlandii, Szwecji, Petersburgu, Niemczech stanęły dla niej otworem. W międzyczasie założyła też Bractwo Zielonej Szekli z siedzibą w Jastarni i aktywnie w nim działała. Nie tylko pływała ale też malowała i pisała.
Jej wiersze wzruszają. Np. ten o ojcu: Ojcze nasz…Ty pokazałeś jak łowić ryby, Ty pokazałeś jak zbierać grzyby, Jak kochać przyrodę, Jak szanować ludzi, Ojcze nasz, dzięki. Ty nauczyłeś mnie żyć. Podzięki dla Zbysia Twoja córka Krysia. – Przychodzi taki czas, że moje myśli i tęsknoty się kłębią i muszę je przelać na papier lub na płótno. Często portretuję ludzi i jachty. 

Wybudowała żaglówkę 

Obecnie Krystyna Trych mieszka na stałe w Policach, gdzie cały czas żegluje, bo jak podkreśla bez wody nie mogłaby już żyć. Na szczęście jej pasje podziela mieszkająca w tej samej miejscowości kuzynka Halina Sobczyk, świetnie się rozumieją. – Razem wybudowałyśmy jeden jacht od podstaw, a drugi o nazwie Conrad V wyremontowałyśmy i teraz często bez względu na pogodę na nim wyruszamy – opowiada z błyskiem w oku Krystyna. – Pływamy na południe od Szczecina, opływamy niemiecką wyspę Rugię, jest tam wiele pięknych zatoczek, zakamarków, kanałów i rozlewisk. Wspomina, że często wtedy liczą żurawie. Mimo, że na brak zajęć nie narzeka, to regularnie odwiedza Kielce. – Mam do rodzinnego miasta ogromny sentyment, stąd pochodzą moi rodzice, tu mieszkał mężczyzna, który był moją miłością, mam tutaj wielu przyjaciół i najbliższe mi sercu osoby, dwie siostry Basię i Jolę, ciocię Zytę Trych, ona mnie stale inspiruje, przystojnego wujka Bruna, który był bratem mojego ojca – wylicza. – Kielce są pięknie położone, pośród gór i lasów, być może kiedyś powrócę tu na stałe.