Trzy sympatyczne porty

 

W pierwszej rundzie plywania po Sundzie, obok Elsinore – Helsingöru oraz Snekkersten odwiedziłem trzy przystanie zawarte w locyjce “Sund”. Przypominam: bezpłatny skan dostępny jest na stronie SSI.
Te trzy przystanie to, w kolejności jak je odwiedzałem: Hornbæk, Gilleleje i Rungsted. Generalnie należy stwierdzić, że mimo upływu lat, opisy w “Sundzie” nie straciły na wartości.
Hornbæk to niewielka miejscowość, której największą zaletą są piękne plaże rozcìągające się tuż obok mariny z obu jej stron.

W samej miejscowości jest kilka sympatycznych knajpek i sklep sieci Netto, co pozwala uzupełnić zaopatrzenie.
Opis Jerzego Kulińskiego w “Sundzie” wydaje mi się nadal adekwatny. Miejsca na postój trzeba szukać przede wszystkim po lewej stronie, w ostateczności wciskając się do basenu wewnętrznego.
Na potwierdzenie zrzucam dla Czytelników zrzut z Navionicsa:

Kolejny port to Gilleleje. To port stanowiący punkt startowy z Sundu w Kattegat albo miejsce pierwszego oddechu przy wejściu w cieśninę od północy. Gdy spojrzymy na zrzut z Navionicsa zobaczymy porównując ze skanem “Sundu”, że w samym porcie przybyło stanowisk postojowych, jak zazwyczaj w Danii, w dalbach. Nie ma natomiast zmian w podejściu oraz generalnym układzie portu.

Przy okazji warto zaobserwować prostą sztukę hudrotechniczną Duńczyków. Porty mają coś w rodzaju awantportów. Akurat w Gilleleje jest on dość obszerny. Często bywają jednak ciasne i po za torem płytkie. Jednak ważny jest zarys falochronów i ich ukształtowanie: awantporcik jest po prostu tłumikiem fal. Za wewnętrzne główki wchodzi już niewiele. Porównajmy to choćby z Ustką albo Helem.

Gilleleje to nieco ponad sześciotysięczne miasteczko rybackie, piąty co do wielkości duńskii port rybacki. Z jakiegoś powodu okrzyknięte dwa lata temu najbardziej kreatywnym miastem w Danii.
Miasteczko jest kameralne, zabudowane tradycyjnymi domami rybackimi, dziś częściej zapewne pełniącymi funkcję rekreacyjną.
W samym porcie symbioza rybaków, stoczni, żeglarzy i wczasowiczów. Można

No i wreszcie Rungsted. Jedna z wielu marin położonych pomiędzy Kopenhagą, a Helsingörem.
Jak zobaczycie na zrzucie z Navionicsa nie da się dostrzec różnic w stosunku do opisu w “Sundzie”.

W tym miejscu jednak powiem słowo o jeszcze jednym utrudnieniu w pływaniu po tych wodach. Otóż miejscami pojawia sie dryfujące na powierzchni zielsko. Z upodobaniem wiesza sie na sterze i śrubie, TEQUILĘ potrafilo spowolnić o 2 węzły. Na szczęście łatwo się go pozbyć choćby wykonując zacieśnioną cyrkulację. No i łatwo omijać, przynajmiej w dzień i przy spokojnej wodzie jest dobrze widoczne.

Marina jest ogromna. Na wewnętrznym pirsie ciąg zatłoczonych restauracji, każdy znajdzie coś dla siebie. Tylko te duńskie ceny! Niestety także wielki parking, na którym młodzi (i nie tylko) Duńczycy lubią sobie przegazować silniki.

Sama miejscowość estetyczna jak to w Danii ale mnie osobiście nie zachwyciła. Formalnie jest to dzielnica miasteczka Hørsholm. Dla koneserów muzeum Karen Blixen.

Kolejnym etapem rejsu była Kopenhaga, cel wreszcie osiągnięty! Powstrzymam się od opisów, powiem tylko, że na postój wybraliśmy Langelinie, tuż koło syrenki. Syrenka okazała się kobietą!

Jeszcze kilka portów i rozpocznie się ostatni etap, powrót na rodzinne pielesze.