Szczęście armatora

Wczoraj po południu udało się zwodować “Tequilę”. Operacja była burzliwa, DOSŁOWNIE – w momencie, gdy dźwig rozstawił podpory nadeszła szaleńcza nawałnica. Ekipa pochowała się w samochodach.

Na szczęście gwałtowne wybuchy gniewu (w tym wypadku: natury) nie trwają długo, więc operacja się odbyła. 

Jak każdy remont, także i ten przewleka się niemiłosiernie. No ale efektem będzie całkowicie nowe wnętrze oraz instalacja elektryczna. Pozostało jeszcze MILION prac wykończeniowych, przynajmniej jednak nie muszę już biegać po drabinie. Poniżej kilka fotek, niestety z operacji stawiania masztu nie mam, nie było “wolnej” ręki.