Powrót Zimowej Pory – dziś odcinek 76

Latem zastanawiałem się, czy wrócić do pisania tych felietoników. Czy pokonać wrodzone lenistwo? Czy nie zmęczyłem Czytelników? Czy nie mógłbym robić czegoś ciekawszego? Ostatecznie jednak wracam. Jak pisałem w pierwszym odcinku, noszącym datę 27 listopada 2013 (!) roku, traktowałem tę pisaninę jako sposób na przetrwanie zimy. Nie spodziewałem się, że pomysł będzie trwał tak długo. W tym roku może ta terapeutyczna rola być podwójnie ważna, gdy kaprysy dyktatora pozbawiają nas kawałek po kawałku tak elementarnej wolności, jak wyjście do parku, czy lasu. Dodatkowo dobijające są absurdy niektórych ograniczeń, a mnie osobiście oburza także ich konstytucyjna nielegalność…Czytaj dalej

 

100-lecie urodzin Krystyny Remiszewskiej

25 października mija 100-lecie urodzin kapitan Krystyny Remiszewskiej. Urodziła się 25. 10. 1920 roku w Przyłubiu Polskim nad Wisłą (dziś część Solca Kujawskiego). Tam właśnie po „emigracji” z Zakopanego trafili w ramach wojennej tułaczki rodzice jej matki Jadwigi. Dziadek Krystyny, dr Andrzej Chramiec po wojennym bankructwie (nie był w stanie spłacić przejętego na potrzeby wojska austriackiego sanatorium) wędrował poprzez Wadowice, Galicję Wschodnią, Kujawy, aż, nieco później zamieszkał w Wielkopolsce. Ojciec Krystyny, Kazimierz Remiszewski, walczył na froncie bolszewickim, więc naturalną koleją rzeczy Jadwiga schroniła się pod opiekę rodziców.

Wraz z rodzicami i dwoma młodszymi siostrami Danutą i Teresą,  Krystyna w 1928 roku trafiła do Gdyni, gdzie Kazimierz Remiszewski pracował w tworzącym się Banku Gospodarstwa Krajowego. Tu uczęszczała do szkoły powszechnej, a potem do Gimnazjum Urszulanek, gdzie zdała maturę. Podczas nauki w gimnazjum, poprzez harcerstwo trafiła do żeglarstwa. Pływała m. in. na słynnym jachcie „Grażyna”, na której pokładzie powstała piosenka znana dziś jako „Pod żaglami Zawiszy”. Aktywność żeglarska panienki z dobrego domu skłoniła także Kazimierza do zainteresowania się żeglarstwem, co dodało jedno pokolenie do rodzinnej tradycji. Do wybuchu wojny Krystyna zdążyła zdobyć stopień sternika morskiego. Zapisała się także na studia na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Na “Grażynie” 1936

Wybuch wojny oczywiście pokrzyżował wszelkie plany. Rodzina po wędrówce ostatecznie osiedliła się w Krakowie. Krystyna pracowała w niewielkiej firmie spedycyjnej, w pewnych okresach utrzymując cała rodzinę. Wojna naznaczyła losy kolejnymi tragediami. W Sylwestra 1939 po gestapowskiej rewizji zmarł w Katowicach na zawał w wieku 80 lat Dziadzio, dr Andrzej Chramiec. Wuj Jerzy Chramiec, oficer Wojska Polskiego trafił do sowieckiego obozu w Starobielsku. A w roku 1943 nastąpił cios największy: aresztowana i zamordowana przez Gestapo została średnia siostra Danuta. Sama Krystyna aresztowana przez Niemców znalazła się w krakowskim więzieniu na Montelupich. Tam pracując w więziennej pralni była w stanie wspomagać współwięźniów, między innymi przekazując informacje i grypsy. Ślady tego można odnaleźć w powojennych wspomnieniach, gdzie określano ją jako „anioła więziennego”. Mimo tyfusu przeżyła więzienie, przeżyła także transport do obozu koncentracyjnego, z którego uwolniło ją nadejście frontu.

Nigdy po wojnie nie wykazała się nienawiścią do Niemców, przez wiele lat o więziennych czasach nie rozmawiała, gdy po apelu biskupów polskich do niemieckich i wizycie  kanclerza Brandta w Warszawie w 1970 pojawiła się skrucha ze strony Niemców i wola choćby symbolicznego rekompensowania krzywd, potrafiła okazać wybaczenie, choć nigdy zapomnieć.

Latem 1945 Kazimierz został skierowany znów do Gdyni, do odtworzenia banku , wraz z nim wróciła rodzina. Krystyna od pierwszej chwili włączyła się w działalność żeglarską, przede wszystkim odbudowę jachtów, zaszczepiła też bakcyla żeglarskiego młodszej siostrze Teresie. Podjęła studia na UJ, a po nich i po pokonaniu raka, rozpoczęła pracę w przedsiębiorstwach gospodarki morskiej. Kolejno w Morskiej Agencji, Polcargo i Baltonie, gdzie dopracowała do emerytury. W latach czterdziestych udało jej się żeglować na „Przygodzie”, „ Witeziu”, „Kneziu” i przede wszystkim na „Generale Zaruskim”. Działała też w Yacht Klubie Polski. Pierwsza połowa lat 50. była trudnym okresem. Żeglarstwo morskie zostało zlikwidowane, PZŻ i kluby wprowadzone w scentralizowaną strukturę państwowego sportu. Posiadanie rodziny za granicą było poważnym obciążeniem, a tu tym gorzej: siostra jej matki, Janina była żoną sanacyjnego generała Edmunda Knoll-Kownackiego, który pozostał z Andersem w Wielkiej Brytanii. Do gdyńskiego mieszkania dokwaterowano przymusowo obcą rodzinę. Pieniędzy ledwo wystarczało na przeżycie. A nade wszystko poczucie bezsensownego terroru, absurdu życia oficjalnego i zniewolenia.

Z ojcem 1947

Gomułkowska „odwilż” dala na chwilę oddech. Odrodziło się żeglarstwo. Reaktywowano kluby i Polski Związek Żeglarski, Krystyna natychmiast wróciła do działalności w YKP. Przedwojenny stopień sternika morskiego zweryfikowała na stopień kapitana jachtowego, stając się w ten sposób jedną z pierwszych trzech kobiet kapitanów w powojennej Polsce, obok Krystyny Około-Kułak i Zofii Sumińskiej. W ramach ograniczonych możliwości urlopowych i finansowych żeglowała, głownie po Bałtyku,szkoliła młodzież i działała. Po rozłamie w YKP przeszła do JKM „Gryf”, którego członkiem pozostała do końca, w ostatnich latach będąc aktywnym członkiem Koła Seniorów. Zaprzyjaźniła się także z żeglarzami z Elbląga, prowadziła kilka rejsów na należącym do Jacht Klubu przy „Zamechu” jachcie „Szafir”. Miałem tylko raz, poza krótkimi pływaniami zatokowymi, okazję być z nią jako kapitanem w bałtyckim rejsie. Dobrze wspominam relacje kapitan – załoga, połączenie naturalnej dyscypliny żeglarskiej i bezpośredniości oraz luzu na pokładzie.

Z siostrą Teresą – lata 60.

Nadzieje związane z przełomem 1956 roku, o ile w ogóle miała, prysły szybko i czasy gomułkowskie, choć w mniejszym stopniu, nadal były szarym okresem. Szokiem był Grudzień 1970, okres gierkowski po tych dniach był może bardziej kolorową ale nie mniej pozbawioną nadziei epoką. Tę nadzieję dał wybór Jana Pawła II i jego pierwsza wizyta w Polsce. Nadzieję, że komunizm nie będzie wieczny, choć nie wiadomo jak długo potrwa. Żeglowała nadal, korzystając z większej dostępności świata. Kibicowała też, mimo odwiecznej, naturalnej rywalizacji, siostrze Teresie w jej samotnym rejsie atlantyckim. Sympatyzowała i po cichu współpracowała z opozycją, została także, już jako emerytka, członkiem „Solidarności”, w wyborach czerwcowych roku 1989 z ramienia Komitetu Obywatelskiego „Solidarności” była członkiem komisji wyborczej w Gdyni, a potem współpracowała z Komitetem Obywatelskim Franciszki Cegielskiej, aż do wolnych wyborów w 1990.

W ostatnich latach życia kibicowała żeglarskim początkom czwórki wnuków młodszej siostry Teresy, pełniąc, choć nazywana była „Ciocią”, rolę pełnowymiarowej babci. Jak przez całe życie, wciąż była pogodna, optymistyczna, pełna poczucia humoru, zainteresowana światem i otwarta na nowinki. Umiała też być konsekwentna: przez kilkadziesiąt lat była nałogową palaczką, jednak gdy pewnego dnia postanowiła rzucić palenie, po prostu to uczyniła – nigdy więcej nie sięgając po papierosa. 

 

Boże Narodzenie rok 2008

Stopniowo traciła siły, coraz gorzej też widziała. Obserwowała odchodzenie kolejnych członków rodziny i przyjaciół, czyniła to ze spokojem, pogodzona z naturalną koleją rzeczy, wierząc, że taka jest Najwyższa Wola. Krystyna Remiszewska zmarła we śnie 8 marca 2013 roku i została pochowana w rodzinnym grobie na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni.

Jeszcze o Zaślubinach z morzem

Edycja 11 i 12 października 2020

 

Kilka lat temu pisałem o zaślubinach z morzem dokonanych przez  Gen. Hallera 10 lutego 1920. To było tu: Zimową porą – odcinek 57
Jedną z kontrowersji jest sprawa warunków panujących tego dnia w Pucku i dzień potem w Wielkiej Wsi.
Przypadkiem przed chwilą zobaczyłem w telewizorze w knajpce na trasie program ignorowanej zazwyczaj przeze mnie stacji. Był to reportaż historyczny Eugeniusza Pryczkowskiego o tym dniu. I pojawia się tam fascynujący dokument: nagranie wspomnienia samego Hallera, który opowiada  jak Kaszubi pobiegli po lodzie, by złapać rzucony przez niego pierścień. Nie złapali, utonął (nagranie nie rozstrzyga, czy w przeręblu, czy lód się kończył). Na pytanie czemu go nie złapali, mieli powiedzieć: “Wyjmiemy go w Szczecinie”.
Jest i kolejna relacja jak dzień potem w Wielkiej Wsi rybacy na plecach przenieśli generała do kutra Jakuba Myślisza “Seestern”.
A więc wjeżdżanie konno, czy wchodzenie do wody możemy miedzy bajki włożyć. Ale też Zatoka nie była zapewne skuta lodem od brzegu do brzegu. Ze zdjęć wynika, że było chmurno i mogło być deszczowo, jak mówią niektóre relacje.

 

A poniżej obraz Fałata poświęcony Zaślubinom, zamieszczony w komentarzu w SSI przez Krzysztofa Baranowskiego, który pracuje nad książką poświęconą malarstwu marynistycznemu.

TEQUILA 2020 dzień 101 i ostatni

2020-090-08 wtorek

Prognozy na kolejne dni są nieciekawe, rano przyjeżdża do Gdyni Grzegorz, decydujemy się wykorzystać baksztagowy wiatr, który ma rosnąć i przeskoczyć do Kuźnicy. Jazda na samym foku jest piękna. Po drodze mijamy zakotwiczony  “Dar Młodzieży”, “Generała Zaruskiego” pod żaglami, a gdzieś przed dziobem kręci się ORP “Orzeł”. Po szybkim przelocie cumujemy do jachtu kolegi i dopiero wtedy doceniamy siłę wiatru. Zamiast zapowiadanych szkwałów do 25 węzłów wieje chwilami, według mojej oceny, zdrowa ósemka. (Faktycznie potem gdzieś czytałem, że koledzy zmierzyli i ponad 40 węzłów). Sześć cum, wszystkie odbijacze i stoimy. Rejs zakończony. 

Za rufą została wzburzona załoga i wspomnienia…

Przez TEQUILĘ przewinęło się 18 osób, w tym część absolutnych debiutantów, byli tez tacy, których nigdy wcześniej nie spotkałem. Eksperyment raz jeszcze się powiódł, wszyscy okazali po prostu się dobrym towarzystwem. Cieszyli się żeglowaniem, wpisywali w rutynę mojego żeglowania i mieli coś ciekawego do opowiedzenia. Och… i oczywiście cierpliwość do wysłuchiwania mojego gadania!

Poza kilkoma przystaniami na ul. Przestrzennej na Dąbiu oraz Kamminke  i Świnoujściem na Uznamie oraz Sopotem byłem we wszystkich portach i przystaniach na zachód od Górek Zachodnich. Oczywiście tych dostępnych dla jachtu o zanurzeniu 1,5 m. Zebrałem trochę obserwacji, niestety część z nich nie jest optymistyczna. Znów spotkałem wielu przyjaciół, dawnych i nowych, mnóstwo życzliwości i pomocy.

Tegoroczny program powrotu do Danii i eksploracji szwedzkiej strony Sundu musi zostać odłożony do przyszłego roku…. o ile znów nas nie spotkają idiotyczne ograniczenia biurokratyczne. I od razu uwaga: nie jestem zwolennikiem płaskiej Ziemi, twierdzę tylko, że rządy różnych krajów, w tym szczególnie rząd niełaskawie nam panujący zachowały się właśnie tak, jak napisałem: idiotycznie i biurokratycznie. Było o tym w relacji na bieżąco, więc dosyć na tym teraz.

 

A żebyście nie myśleli, że mam dość, to powiem tylko tyle: piszę to w trakcie wielodniowej włóczęgi po Zatoce. Byłem nawet – pierwszy raz wodą – w sympatycznym i wygodnym Błotniku.

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

TEQUILA 2020 – dni 97 do 100

2020-09-04 piątek do 2020-09-07 poniedziałek

Kilka dni wcześniej, sam dla siebie niespodziewanie, zgłosiłem udział TEQUILI w “Baltic Sail” w Gdańsku. To odbywający się od lat zlot jachtów i mniejszych żaglowców. W tej drugiej grupie zabrakło żaglowców obcych bander, poza jednym: łotewską “Lipavą”. Powód oczywisty: niepewność wywołana pandemią. Bardziej dziwi nieobecność “Zawiszy Czarnego”, “Pogorii” i “Iskry II” – wszystkie trzy były w tym czasie w Gdyni. Zlot jest przedsięwzięciem porozumienia wielu portów bałtyckich, o szczegółach można łatwo dowiedzieć się z Internetu.

Stanęliśmy znów w Przystani Cesarskiej, mimo iż na Motławie postój był bezpłatny. Po zarejestrowaniu się na zlocie trafiliśmy do głównego namiotu, gdzie odbywał się Festiwal “Szanty Pod Żurawiem”. Tu wielkie rozczarowanie: w moich oczach, a raczej uszach, interpretacje piosenek Jerzego Porębskiego w koncercie  mu poświęconym były po prostu kiepskie. Nazwisko wykonawcy pominę.

Uczestniczyliśmy w uroczystości wręczenia Asi Pajkowskiej Topora Chwały Mórz. Oto “ta siekierka”:

 

Resztę piątku i cała sobotę wypełniły nie kończące się spotkania towarzyskie. Członkowie Bractwa Wybrzeża i kapitanowie większych jachtów nie mogli się uchylać od oficjalnych spotkań oraz wożenia turystów na redę i z powrotem. Niepozorna TEQUILA  dała nam szansę na wyłącznie przyjemności. Spotkania starych przyjaciół, poznawanie nowych, opowieści…. z jachtu na jacht, z tawerny do tawerny. 

W sobotę “Lipava” zaprezentowała regularną wojnę polsko-łotewską, pokaż rzeczywiście imponujący.

 

Chwilę wcześniej popis precyzyjnego manewrowania dał “Kapitan Borchardt”:

 

Niedziela to parada. Sprawnie i sympatycznie prowadzona przez NAJWIĘKSZEGO KAPITANA W POLSCE, który umiał opanować chaos wprowadzany przez nieprzytomnych uczestników, niezdolnych zapamiętać w której z sześciu grup płyną, ani nawet nazwy jachtu ich bezpośrednio poprzedzającego. Do tego doszli spóźnialscy, nie wpisani na listę, których Maciej cierpliwie lokował w kolejnych grupach.

Po minięciu mola w Brzeźnie zgłosiliśmy na VHF wyjście z szyku w lewo i odejście do Gdyni. Zawdzięczacie temu poniższa galerię. Trochę więcej (także filmiki) jest na Facebookowym profilu Armator-i-Skipper.

Po paradzie poszliśmy do Gdyni, znów do Yacht Park Marina. Tu zastał TEQUILĘ setny dzień rejsu, pożegnaliśmy się z Jacentym. We wtorek przyjedzie Grzegorz i to już będzie ostatni odcinek rejsu.

 

 

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

TEQUILA 2020 – dni 93 do 96

2020-09-31 poniedziałek do 2020-09-03 czwartek

Te dni minęły znów leniwie, zdążyliśmy jednak, mimo, iż “pośpiechem się brzydząc”, odwiedzić dwie mariny, w których nigdy nie byliśmy.

Pierwsza była Przystań Cesarska w Gdańsku. Opisał ją w SSI Jerzy Kuliński. Miejsce jest niesamowite. Teren postoczniowy, mocno naruszone zębem czasu hale, resztki pochylni, wertepy. Obok rosną budynki Młodego Miasta, stoi wspaniałe Europejskie Centrum Solidarności, dalej historyczne miejsca protestów robotniczych z lat 1970, 1980, 1988, które symbolizują Sala BHP ale przede wszystkim Pomnik Poległych Stoczniowców. W drugą stronę Muzeum II Wojny Światowej i wejście na Brabank – rosnące jak grzyby po deszczu apartamentowce nad Motławą, a dalej Stare Miasto (nie mieszać z Głównym Miastem). Sama Przystań Cesarska jest miejscem po prostu sympatycznym. Dobrze osłonięty, komfortowy postój, niezbędne usługi (prąd, woda, łazienki), spokój i względna cisza, ale nade wszystko zespół bosmanów kierowany przez Marcina PIerzchlewicza. Uczynni, sympatyczni, życzliwi dla swoich gości. Uwagę zwraca nietypowy system naliczania opłat: od długości i szerokości jachtu zarazem! Za to wszelkie usługi są zawarte w cenie. Właściciele przystani mają plany rozwojowe, w tym roku sparaliżowała je pandemia ale możemy sią spodziewać zarówno powiększenia liczby miejsc postojowych, jak poprawy standardu. Namawiam każdego.

 

Kolejne nowe dla mnie miejsce to Yacht Park Marina w Gdyni. Planik opublikował Don Jorge tutaj. Opisu spodziewajcie się w nowym wydaniu “ZATOKI GDAŃSKIEJ” Jerzego Kulińskiego, nad którym pracuję. (Oczywiście Cesarska też się tam znajdzie!).

Marina znajduje się w miejscu, gdzie dawniej stacjonowały dziesiątki “żółtków”, drewnianych bałtyckich kuterków, należących głownie do przedsiębiorstwa “Arka”. Dziś w tym miejscu stoi podwójny wieżowiec, a obok  na terenie zajmowanym kiedyś przez “Dalmor” powstaje szereg efektownych apartamentowców. W 2019 roku ruszyła tu marina, obliczona głównie na rezydentów.

Z odległości marina wydaje się mało przytulna.

To wrażenie znika jednak natychmiast. Wywołując “Yacht Park Marina” na kanale 12 VHF (nie kapitanat i nie Marina Gdynia) uzyskujemy informację o miejscu, które możemy zająć. Postój jest bardzo wygodny i bezpieczny. Zakłócają go tylko hałasy z miasta, niestety rzecz jak się wydaje w dzisiejszej Polsce nie do opanowania. Wnosząc, sporą ale nie przesadnie wysoką opłatę, uzyskujemy kod przysyłany SMS-em, otwierający bramki na pomosty, drzwi do łazienek, uruchamiający gniazda elektryczne na pomostach i prysznice. Bosmani są życzliwi i skuteczni i “Yacht Park Marina” stała się miejscem, które będę odwiedzał.

Kolejnym etapem ma być udział w Baltic Sail w Gdańsku. Będzie to końcowy akord wspólnego pływania w tym roku.

 

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

TEQUILA 2020 – dni 85 do 92

2020-08-24 poniedziałek do 2020-08-30 niedziela

Poniedziałkowy poranek to wymiana załogantów. Adam z Agnieszką zabierają Mariolę autem do Gdyni, chwilę potem przyjeżdża pociągiem Jacek, zwany Jacentym. Szybko uzgadniamy, że nie chce nam się nigdzie płynąć, robimy sobie dzień senno-gastronomiczny. Debatujemy nad dalszą trasą. Na wstępie odrzucamy kierunek północny, po obejrzeniu prognoz i ostrzeżeń o zamknięciu “szóstek” zapada decyzja: płyniemy na Zatokę. Tam będziemy pędzić życie emerytów. Ktoś powiedział, że żeglarstwo byłoby pięknym zajęciem, gdyby nie konieczność przepływania od tawerny do tawerny. Decyzja jest tym łatwiejsza, że w tym samym kierunku rusza cała flotylla SAJ.

Po chwilowym załamaniu pogoda się poprawia, dwa przeskoki: z Łeby do Władysławowa i z Władysławowa do Helu są słoneczne i  plażowe, choć ten drugi to lawirowanie między deszczowymi chmurami. Udaje się niemal do główek, koło pławy Hi-S ubieramy sztormiaki na kąpielówki, a cumowanie odbywa się w potopie.Tak to efektownie wracam po trzech miesiącach na Zatokę. Spędzimy tu z TEQUILĄ  dwa najbliższe tygodnie, da mi to okazję, by wizytować z wody przystanie, które opisuję w nowym wydaniu locyjki ZATOKA GDAŃSKA.

Na początek jednodniowy wypad do Jastarni, gdzie spotykamy przyjaciół. Wracamy jednak szybko do Helu, bo tu jest CAPTAIN MORGAN.

Funkcja hotelowa i restauracyjna mniej interesuje żeglarzy, dla nas liczy się TAWERNA. Jest to miejsce niezwykłe. Zaczyna się od Szanownego Właściciela, cały personel jest życzliwy, uśmiechnięty (niezależnie od ruchu, upału i pory doby!) i pomocny. Ale clou to Sławek Cieślak. Niemal cały rok i niemal codziennie wieczorem gra na gitarze i harmonijce  śpiewa szanty, piosenki żeglarskie i czasem coś innego ale zawsze dobrego. Goście na sali otrzymują śpiewniki (w tym roku z powodu koronawirusa nie można korzystać z papierowych, jednak każdy ma smartfona i jeśli nie zapomni okularów, to wchodzi w zakładkę Śpiewnik Szanty na stronie pubu. Można zamawiać utwory podając numer strony.

Są tu pewne obyczaje:

– Sławek nie powtarza dwa razy tego samego utworu, inaczej “Bezpańskie Dziewczyny” albo “Gdzie ta koja” leciałyby po osiem razy  jednego wieczoru;

– Zamówienie strony 14 kończy definitywnie wieczór (sprawdźcie sami co to);

– Wtajemniczeni umieją zamówić utwór spoza śpiewnika – kilk atakich wykonawca ma w zanadrzy, opracowując na kolejny sezon;

– “Radio Szczecin” wymaga chórku żeńskiego (nie powiem, jak to załatwić!);

– Sławek chętnie widzi innych grających, zawodowców i amatorów;

– NAJWAŻNIEJSZE: PUBLIKA POWINNA ŚPIEWAĆ!! “Śpiewać każdy może, jeden lepiej drugi gorzej”.

A na środku tawerny wisi dzwon. Jeśli umiecie poprawnie wybić jedną szklankę (i macie rezerwę na karcie kredytowej), to spróbujcie to uczynić. Aplauz wszystkich obecnych gwarantowany!

Warto bywać w “Morganie”… To też ważny powód, dla którego stoimy kilka dni w Helu.

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

 

Stójkowy, czy opiekun?

Doświadczenie z dziesiątków wizyt w polskich portach jest pod jednym względem jednoznacznie pozytywne. LUDZIE SĄ W PORZĄDKU.

Pracownicy administracji morskiej, czyli bosmani portów, są przede wszystkim życzliwi żeglarzom. Przesadne ingerencje pod szyldem “bezpieczeństwo” lub okazywanie przewagi władzy, to sytuacje naprawdę wyjątkowe. Podobnie bosmani marin, czasem ich świadomość obowiązków bosmana jest niezbyt wielka, niezwykle rzadko jednak zdarza się brak dobrej woli – twierdzę, że zazwyczaj wywołany przez nieuprzejmość lub wręcz chamstwo żeglarzy. A więc ogólna recenzja jest pozytywna.

Nie wszystko jednak jest idealnie. Jak wspomniałem, bywa, że personel portu nie do końca ma świadomość, jak marina powinna działać. Tak to było:

Wchodziłem sobie solo do mariny, którą lubię bardzo i w której bywam kilka razy w roku. Staję zawsze w tym samym rejonie, w pobliżu budynku łazienek i w zasięgu wi-fi. Alternatywą jest postój na peryferiach rozległej mariny, daleko od łazienek i w miejscu mocno “zakomarzonym”. Na główce umieszczono napis, by kontaktować się z bosmanem mariny na wskazanym kanale VHF albo pod numerem komórkowym. Nie czynię tego, nie chcąc zostać odesłany na wspomniane peryferie. Ponieważ w marinie, jak rzadko w Polsce, funkcjonuje system czerwone-zielone, to jestem w stanie wybrać wolne miejsce, o wielkości dostosowanej do długości mojego jachtu. Tak było i tym razem.

Po zacumowaniu poszedłem do biura opłacić postój. Sympatyczna panienka sprawnie odnalazła jacht w komputerze, wpisała datę, poprzedni i następny port, liczbę osób… W tym momencie odzywa się siedzący z tyłu PAN:

– O! Kolejny, który się nie zgłosił…

– Nie, w hałasie silnika i w trakcie manewrów trudno mi się bawić – i wróciłem do przerwanej rozmowy z panienką.

PAN jednak nie przestał, coś tam mówił, nie słuchałem zbyt uważnie, będąc zajęty płatnością. W pewnej chwili jednak PAN stwierdził, że będę musiał się przestawić na drugą stronę wytyku. Odparłem, że tam jest czerwona tabliczka, a ja stanąłem na zielonej. Riposta mnie osłabiła, mówiąc młodzieżowo:

– Bo wiem pan, u nas jest jak w prawie o ruchu drogowym: są znaki poziome, znaki pionowe, światła czerwone i zielone ale najważniejszy jest policjant.

Wykazałem się niepełnym refleksem:

– Czuje się pan policjantem? Współczuję w dzisiejszych czasach! – panienka ryknęła śmiechem, a ja niestety nie dodałem, że policjant, jak reguluje ruchem, to podnosi d… zza biurka i idzie machać łapkami.

No cóż, sprowokowany incydentem, zacząłem się przyglądać pracy mariny. Pierwsza obserwacja była taka, że na wytykach leżą zwały guana kaczego i mewiego. Pytanie, czy “PAN (policjant)” nie mógłby się pofatygować raz na tydzień z karcherem albo szlauchem i szczotką, a jeśli nie mógłby osobiście, to chociaż wydelegować innego pracownika? Obserwacja kolejna, to motorówki i skutery robiące falę w porcie. A może “PAN (policjant)” mógłby pofatygować się i zwrócić uwagę chuliganom albo pogadać z firmami wypożyczającymi sprzęt. A może chociaż poprosić o interwencję swojego dyrektora, o ile on sam nie jest dyrektorem. W łazienkach 1/4 kabin prysznicowych (czyli jedna), i analogicznie pisuarów, jest od zeszłego roku nieczynna, z kartkami o stosownej treści. A może “PAN (policjant)” mógłby podnieść d… ze stołka i naprawić albo poprosić o stosowną decyzję swojego dyrektora, o ile on sam nie jest dyrektorem.

No i na koniec sekwencja smaczna. Jak wiadomo rankiem w dużej marinie może pojawiać się okresowo tłok w łazienkach. Szczególnie obciążona, według mojej obserwacji, jest pora od 0730 do 0800 (“Godzina zero – osiemset” było w kultowym filmie o Królowym Moście). I oto prysznice męskie są o tej porze sprzątane przez panią. Oznacza to zmniejszenie potencjału już do połowy kabin i dodatkową kolejkę. Oznacza to też, że nadzy faceci paradują przy pani, aby wrzucić monetę do automatu. Kolejnego dnia dokonałem obserwacji: pani sprząta kolejno od wejścia do budynku – najpierw kuchenkę i zmywak naczyń (do południa pusty zupełnie), potem korytarz, około 0700 łazienkę damską (mniej zatłoczoną, bo pań jednak w marinie mniej, a może i awarii nie ma) i od 0730 męską. No cóż, może pani lubi podziwiać męskie tyłki i przodki… Bardziej jednak prawdopodobne, że “PAN (policjant)” nie pofatygował się nauczyć jej organizacji pracy, ani jego dyrektor, o ile on sam nie jest dyrektorem.

Jaki stąd morał? Może taki, że w marinach nie potrzeba policjantów, a raczej zwykłych bosmanów. Zaś o ich kwalifikacje powinien zadbać ich dyrektor, szef portu, czy jak go tam zwał. Jeśli takowy nie jest żeglarzem, to naprawdę da się znaleźć żeglarza, który nauczy bosmanów jednego węzła cumowniczego, podstaw pracy cumami i odbijaczami. A organizację pracy dyrektor, szef portu, czy jak go tam zwał, powinien z definicji mieć w małym paluszku.